Skrzynia strachu [15.03.2020]


Mam znajomego, który twierdzi, że niczego się nie boi. Miał tak trudne dzieciństwo, że nauczył się być twardym, szybko weryfikować ludzi, znajomości, sytuację na świecie, radzić sobie z przeciwnościami losu. Gdy Go słucham zastanawiam się, czy naprawdę jest to możliwe? widzę człowieka silnego, o dobrym sercu, gotowego pomagać innym, ale też mocno poranionego. Widzę człowieka, który z odwagi uczynił sobie tarczę, chroniącą wewnętrzną wrażliwość – tarczę, która w Jego odczuciach powoduje, że – jak On twierdzi - niczego się nie boi. Nie, nie chcę tu oceniać, czy to dobra postawa, czy nie – myślę, że może ona powodować poczucie bezpieczeństwa; nie życzę też nikomu, aby pojawiły się sytuacje, które złamią to poczucie siły i spowodują, że nagle zacznie się bać.
Długo zastanawiałam się, jak pisać o lęku. Bo przecież może przybierać tak przeróżne oblicza – może być maleńki, a może ogarniać całą przestrzeń, przeobrażając się w fobie; może być też chorobą i mieć różne podłoża i przyczyny. Zatem jak pisać o tak obszernym temacie, nie mając wiedzy psychologicznej? Przyszła prosta odpowiedź: tak jak zawsze – napisz o sobie; o tym czym był/ jest lęk w Twoim własnym życiu, podziel się sobą i swoimi odczuciami.
Najstarszy lęk jaki pamiętam to lęk z dzieciństwa – myślę, że wczesne lata podstawówki. Budziłam się w środku nocy zlana potem, widząc stojącego na parapecie okna ogromnego, czarnego, ujadającego psa. Lęk był tym bardziej irracjonalny, że mieszkaliśmy na IV piętrze, więc żaden pies nie miał prawa materializować się na parapecie, ale moja bujna wyobraźnia podsuwała mi obrazy, jak skacze z balkonu na balkon, i wreszcie wpada do naszego mieszkania… ale jak, skoro balkon w pokoju rodziców jest zamknięty? Drzwi i okno w naszym pokoju też? Nie uspokajały mnie te tłumaczenia, w końcu przerzuciłam poduszkę na drugą stronę łóżka, by budząc się w środku nocy nie patrzeć na okno, ale na… (teraz to sobie uświadomiłam), wiszący nad moim łóżkiem monochromatyczny wizerunek Matki Bożej Karmiącej.
Bałam się też potwornie ciemności. Ten lęk próbowałam sobie rozumowo tłumaczyć tym, że przy tak dużej wadzie wzroku, jaką miałam, wszystkie przedmioty zlewają się ze sobą i łatwo na coś wpaść, wstając w nocy, albo źle rozpoznać kształty. Cóż, operacja oczu kilka lat temu nic nie zmieniła – pani doktor powiedziała, że kurza ślepota pozostaje w pamięci mózgu, pomimo zmniejszenia krótkowzroczności. Nadal zatem śpiąc w obcym miejscu zostawiam włączone światło np. w toalecie. Najzabawniejsze jest to, że ja nie potrafię spać przy zapalonym świetle J paradoksalnie więc – zapalam światło, a potem sto razy wstaję, aby zmniejszyć szparę w drzwiach, zniwelować wydostawanie się światła do pokoju, aż w końcu – aby całkowicie je zgasić, nie mogąc spać z jego powodu J
Bałam się o moich bliskich. O ile śmierci Taty w ogóle się nie spodziewałam, to już choroba Mamy spowodowała, że z przerażeniem myślałam o tym, co może nastąpić. Bałam się każdej Jej wizyty, co powie prowadząca Mamę lekarka, jakie będą wyniki badań, ile jeszcze czasu uda nam się wyrwać, czy uda mi się ustalić termin kolejnej wizyty tak, by nie kolidował z korpo- kalendarzem i okresem raportowania; czy nie będzie wznowy, czy uda mi się umówić Mamę na spotkanie z profesorem, który działa na Nią lepiej niż terapia lekami… Najbardziej chyba jednak bałam się, gdy zachorował także mój Brat. Minął już wtedy rok od kiedy zdiagnozowano Mamę, paliatywne leczenie przynosiło dobre efekty, ale zdarzały się zachwiania powodujące konieczność zmiany leków, i wreszcie wprowadzenie leków z badań klinicznych. Doskonale pamiętam swoje przerażenie, gdy dowiedziałam się, w jakim stanie jest mój starszy Brat. Bałam się już teraz nie tylko o Mamę, ale i o Niego. Oszołomiona słuchałam informacji: bakteria… chore serce… zatrzymane nerki… 40% żywotności organizmu… nie kontaktuje… norwescy lekarze szukają źródła choroby, by móc kontynuować leczenie… Jak się z tym zmierzyć? Powiedzieć Mamie, czy nie? A jeśli powiedzieć – co i ile powiedzieć? Lecieć do Norwegii, czy zostać? Która z tych decyzji będzie dobra, a która zła? Jak nie panikować, zachować zdrowy rozsądek, kiedy nie ma się wpływu ŻADNEGO na zdarzenia, które zaskakują i dotykają najmocniej, bo dotyczą naszych bliskich?....
Nie ma dla tego tekstu znaczenia, jaką decyzję i w którym momencie podjęłam – ważne, że zebrałam się na odwagę, by z każdym z tych tematów się zmierzyć. Że znalazłam w sobie siły, dźwigana zapewne przez mojego Anioła Stróża, by codziennie wstawać i walczyć – za nas dwie, za troje, a może tylko za siebie?...
Pamiętam doskonale nasze wakacje w Chorwacji, miesiąc przed śmiercią Mamy – to były wakacje rozpoczynające okres mojego nawrócenia; również poprzedzone lękiem, że w ogóle ich nie będzie. Mój szef robił wszystko, bym na nie nie pojechała. Groził, że odwoła mi urlop, że mnie na niego nie puści, dorzucał obowiązków, przeciągał w nieskończoność procedury zatwierdzania dokumentów… to wtedy właśnie z rozpaczą w sercu, rozpędzona na autostradzie marzyłam, by skończyć ze swoim życiem. Bałam się, co będzie z Mamą; że przepadnie zaliczka na urlop; że nie odpocznę; że w ogóle nie wyjadę. Teraz gdy zastanawiam się nad tym, przychodzi mi taka myśl, że bałam się mojego szefa – a w zasadzie nie tyle Jego samego, co decyzji, które On podejmie, a które będą miały przełożenie na moje życie.
Bałam się także szatana. Wynajęty apartament na zboczu góry, w bardzo starym, zbudowanym z litego kamienia domu, w którym niegdyś, przed wojną w Jugosławii, mieścił się bar. Wydrążone w skałach wgłębienia pobudzały wyobraźnię, a ta, raz wypuszczona, rozwijała przede mną wizje, co też mogło się w tym barze dziać przed laty… W ciągu dnia nasz pokój na parterze cieszył przyjemnym chłodem, ale noc zmieniała go w ciemną grotę, w której każdym rogu czaił się strach. Rozmowy, które toczyliśmy podczas kolacji, skupiały się głównie na tematach wiary – ale także na zagrożeniach duchowych, egzorcyzmach, złu. Nasza wyprawa do Mjedjugorie o mały włos zakończyłaby się katastrofą – gps poprowadził nas drogą, która była drogą turystyczną nie przeznaczoną dla samochodów; wracaliśmy nocą, w nieprzeniknionych ciemnościach, skłóceni i zniechęceni – a zło zacierało ręce. Nie zapomnę nocy, gdy okropna wichura spowodowała, że zgasło światło w całej okolicy. Wiatr miotał pozostawionym przez nas na zewnątrz leżakiem, a huk uderzeń niósł się głuchym echem – ściskałam w dłoni bransoletkę z krzyżem św. Benedykta – koleżanki zapewniły mnie, że to najlepszy egzorcyzm, więc odmawiałam na niej różaniec zapewne zbielałymi ze strachu wargami. Gdy obudziłam się innej nocy słyszałam szuranie metalowymi meblami nad głową. Dźwięki rosły w mojej głowie, a ja zastanawiałam się, czy moi znajomi są normalni, żeby o 3 w nocy przesuwać krzesła w tę i z powrotem, wiedząc że śpimy pod nimi. Oczywiście następnego dnia dowiedziałam się, że spali jak zabici, a wszystkie krzesła w kuchni są drewniane i przesuwanie ich nie wywołuje nawet szmeru…
Doskonale znam też lęk Hiacynty Bukiet: „Co ludzie powiedzą?”. Ten angielski, prześmiewczy serial doskonale pokazywał prawdę, towarzyszącą także i mnie: małomiasteczkowy strach przed byciem ocenionym, osądzonym, zopiniowanym. Co ludzie powiedzą? W zasadzie ten lęk przed byciem ocenionym jest gdzieś tam, w głębi, lękiem który z zewnątrz wydaje się być np. lękiem przed wejściem w nowe środowisko, przed wystąpieniami, przed kontaktami międzyludzkimi. Wydaje mi się, że lęk towarzyszący wychodzeniu do innych może wiązać się właśnie z tym, co ludzie, do których idę, powiedzą o mnie, czy mnie zaakceptują, polubią, co zrobić aby pozytywnie na mnie zareagowali.
Wielu ludzi nie przyznaje się do tego, ale boją się śmierci. Może nie myślą o niej zbyt wiele, szczególnie młodym wydaje się odległą galaktyką – dopóki człowiek jej nie dotknie, nie doświadczy śmierci kogoś bliskiego, nie przejdzie przez trudny czas patrzenia na odchodzenie kogoś, kogo kocha. Żyjąc pełnią życia kpią ze śmierci, skupiają się na gromadzeniu dóbr zapominając, że „trumna nie ma kieszeni”. Boją się śmierci, ale nie aż tak, by odpowiednio wcześnie podjąć decyzję o pojednaniu się z Bogiem. Bo przecież tu, na ziemi, jesteśmy tylko przez chwilę, a tam czeka na nas wieczność, i tylko od nas samych zależy, czy w tej wieczności znajdzie się dla nas miejsce, oraz czy spotkamy tam swoich bliskich. Nieudolnie bardzo staram się niektórym mówić o potrzebie pojednania; uświadamiać, jak ważne jest przystąpienie do Sakramentu Pokuty – dobra, szczera spowiedź, żal za grzechy, pogodzenie się z Panem Bogiem. Ale wielu targuje się, obiecując że pójdzie do spowiedzi jak stanie się to, czy tamto, a potem – gdy to „owo” się wydarzy – wymyślając kolejny powód, by oddalić ten moment jak najbardziej, bo przecież „nigdzie się nie wybierają”. A przecież nikt z nas nie wie, czy dzień po „owym” nie zostanie wezwany na ten najtrudniejszy egzamin, i serce boli mnie na myśl że może się okazać, że przez własną ignorancję ten egzamin obleją. Że nie spotkają swoich bliskich, tych, których taką miłością na ziemi obdarzali, czyniąc ich niemal bożkami, a na których całą wieczność będą patrzeć tylko gdzieś z daleka, bo nie zdecydowali się by się nawrócić, pielęgnując swoje uprzedzenia do księży czy spowiedzi…
Znam ludzi, którzy panicznie boją się chorób. Biorą tysiące suplementów, szukają u siebie symptomów, konsultują się u doktora Google, wmawiają sobie choroby, stają się hipochondrykami… ale są też tacy, których lęk przed chorobami pcha do racjonalnego podchodzenia do stanu własnego zdrowia – regularnie się badają, weryfikują potencjalne zagrożenia, wywołane wiedzą o chorobach w rodzinie, dbają o aktywność fizyczną. Mierzymy się właśnie z zagrożeniem, z którego niektórzy kpią, inni je lekceważą, a jeszcze inni są śmiertelnie przerażeni: koronawirus, epidemia, a właściwie już pandemia, na którą brak lekarstwa. Dwa tygodnie temu i ja z moim mężem i znajomymi stanęliśmy przed dylematem: lecieć, czy nie lecieć do Włoch. Południowe rejony, do których mieliśmy się udać, nie były jeszcze wtedy objęte epidemią, ryzyko zarażenia ocenialiśmy jako znikome. Zatem podczas strategicznego spotkania radośnie podjęliśmy decyzję, że lecimy. Mamy przecież maseczki, bilety, noclegi, plecaki… Szkoda aby to wszystko się zmarnowało, przecież nic nam nie będzie, wirus zabija głównie ludzi starszych. Jedni znajomi nam przyklaskiwali, gratulowali odwagi, inni patrzyli z przerażeniem, mówiąc, że jesteśmy lekkomyślni. Dopóki człowiek sam nie stanie przed taką decyzją nie wie, jak bardzo jest trudna. Jednego dnia spokojna, kolejnego czytałam nowe wiadomości z Włoch i strach chwytał mnie za gardło. Próbowałam go zracjonalizować, pytając sama siebie, czego właściwie się boję. Idę drogą z Bogiem, On mnie prowadzi, On nie pozwoli mi się zachwiać, z Nim jestem bezpieczna. Ale nie lecę przecież sama. Modliłam się, pytając Boga, co robić, jaką decyzję powinniśmy podjąć. „Przestań się lękać, a przemawiaj i nie milcz, bo Ja jestem z tobą i nikt nie targnie się na ciebie” (Dz 18,9-10). Taka odpowiedź przyszła w modlitwie, ale wciąż miałam poczucie, że to nie wszystko, że nie mogę brać odpowiedzialności za innych. Poprosiłam Ducha św., aby poprowadził nas w modlitwie, a modlitwa ta nie dała jednoznacznej odpowiedzi, że mamy lecieć – wręcz przeciwnie. Ostatecznie po analizie kolejnych doniesień z Włoch, starając się zracjonalizować nasze obawy, doszliśmy do wniosku, że o ile jesteśmy spokojni o samych siebie, nie chcemy podejmować ryzyka zarażania po powrocie innych. Zrezygnowaliśmy. Próbowaliśmy składać reklamacje, walczyć o zwrot pieniędzy za bilety – nie udało się. Samolot do Bari poleciał bez nas. Wierzyłam jednak, że Pan Bóg nie zostawi nas z niczym – odwołany został lot powrotny. Zatem gdybyśmy polecieli, nie moglibyśmy wrócić. Koszty byłyby znacznie wyższe, nie mówiąc o ryzyku zachorowania – Duch św. poprowadził nas zgodnie z wolą Bożą, decyzja była właściwa, i prawdopodobnie uda nam się odzyskać zwrot kosztów za bilety powrotne. Pozostaje jednak coraz bardziej realny strach przed zarażeniem. Wyszłam wczoraj na spacer. Odniosłam wrażenie, że ludzie patrzą na siebie nieufnie, że widać przerażenie w ich oczach. Omijają się szerokim łukiem, nawet jeśli nikt nie kaszle czy nie kicha. Opustoszałe ulice sprawiają przygnębiające wrażenie – jakby w powietrzu unosiły się krążące piłeczki koronawirusa, które mogą zainfekować nawet podczas spaceru. Weszłam do kościoła, chwytając za ciężką, metalową klamkę ręką w rękawiczce. Przyklęknęłam w ławce i moje myśli pobiegły natychmiast tam, gdzie nie powinny: czy jak dotknę się drewnianej ławki, wstając, to na rękawiczce może być wirus? Czy jest już na siedzisku, którego także dotknęłam? Czy jest na mikrofonie, do którego obecna w kościele garstka osób recytuje słowa różańca? Czy nie za blisko siebie siedzą?
Potem weszłam do sklepu – chłopak przede mną drzwi otworzył rękawem (a co jak potem w niego kichnie?). Czy pani podająca mi towar na pewno dezynfekowała ręce? A może wirus jest na torebce, w który go zawinęła? Czekolada gorzka na dolnych półkach, trzeba przykucnąć by po nią sięgnąć. Wstać już trudniej, trzeba chwycić się na chwilę półki – a co jeśli dotykała jej przede mną osoba zarażona? Co z panem w kasie, który każdy z moich produktów bierze do ręki? Co z taśmą, po której te produkty się przesuwają? Absurdalne pytania, które jeszcze kilka dni temu nie przyszłyby mi nawet do głowy, dziś napełniają ją obawami. Nawet, jeśli Pan Bóg nieustannie zapewnia mnie o swojej opiece, myśli pełne strachu próbują przejąć kontrolę nad moim życiem. Podczas wczorajszej modlitwy wyraźnie dotknęła mnie obietnica: „Ogłosiłeś z nieba swój wyrok, przelękła się ziemia, zamilkła, gdy Bóg na sąd się podniósł, by ocalić wszystkich pokornych na ziemi.” (Ps 76, 9-10). Pokorni w Starym Testamencie są synonimem ludzi pobożnych, uprzywilejowanych u Boga. Wierzę, że i ja należę do tego grona, bo z każdym z wymienionych lęków pomogła mi się rozprawić moja wiara. Wytrwała modlitwa i chodzenie w Bożej Obecności spowodowały, że strach nie do mnie dostępu. Ten niezwykły pokój, którego wcześniej nie znałam, stał się moim udziałem po raz pierwszy gdy pojechałam na Mszę św. z modlitwą o uzdrowienie, by modlić się w intencji uzdrowienia Mamy (brat już wtedy nie żył, a Mama załamała się po Jego śmierci) – podczas gdy napięte ze stresu miałam nawet mięśnie policzków, nagle poczułam, że mięśnie się rozluźniają, a w serce wlewa mi się spokój, którego nie da się opowiedzieć, ale który otula mnie jak szczelny kokon, dając trudne do opisania poczucie bezpieczeństwa. Ten pokój pozwalał mi stawiać czoła stresującym spotkaniom z szefem, walczyć nadal za Mamę, zmierzyć się ze strachem, że po Mamie i Bracie przyjdzie mi pożegnać kogoś następnego. Spowodował, że pragnęłam go więcej i więcej, zatem chciałam przybliżać się do Boga i pogłębiać relację z Nim.
W moim pokoju modlitwy jest więc miejsce na skrzynię pełną strachu. Wbrew pozorom – wcale nie jest pusta. Jak przystało na skrzynię, ma solidne, mosiężne okucia, a jej wieko unosi się ze złowrogim skrzypieniem. W środku kryją się wszystkie moje lęki, które za wszelką cenę próbują wydostać się na zewnątrz. Ale wieko skrzyni jest ciężkie, a kłódka skrupulatnie zamknięta. Kluczyk od kłódki przechowuje mój Anioł Stróż, a ilekroć ja sama zaczynam ulegać nieracjonalnym obawom (co zdarza się naprawdę bardzo, bardzo rzadko), natychmiast przypomina mi, z Kim idę i Kto mnie strzeże.
Podobno ktoś kiedyś policzył, że słowa „nie bój się”, czy „nie lękaj się”, powtarzają się w Biblii 365 razy – aby przypominać nam, że każdego dnia Pan strzeże naszych kroków, prowadzi nas przez każdą trudność, jest przy nas w każdej chwili naszego życia. Kto kroczy w wierze, zna tę obietnicę i żyje nią.
Zatem kiedy tylko zaczynasz odczuwać lęk wepchnij go głęboko do skrzyni, oddaj kluczyk do kłódki Aniołowi, który Cię strzeże, i pozwól poprowadzić się w modlitwie słowom zachęty, pozostawionej przez św. Pawła w liście do Efezjan:
Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże - wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością.” (Ef 6, 13-18a)


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara