Półka na oczekiwania [09.12.2019]


Oczekiwania. Noszę w sercu od jakiegoś czasu tekst o nich. Bo każdy z nas je ma – mniej lub bardziej świadomie oczekujemy, że coś się wydarzy, że ktoś coś powie, że sytuacja w której jesteśmy „jakoś” się poukłada, że coś od kogoś dostaniemy. Za naszymi oczekiwaniami często idzie czyjeś działanie, a ono nie zawsze zgodne jest z naszymi oczekiwaniami – a nasza reakcja na oczekiwania bywa o wiele bardziej istotna, niż owe oczekiwania, bo mówi nam wiele o nas samych.
Zbliżają się Święta. Ja starałam się słuchać, czego potrzebują inni, przyglądać temu, co lubią, aby kupić im prezent, który sprawi im radość. Oczekiwałam też, że inni myślą jak ja, i moje prezenty też będą zgodne z moimi oczekiwaniami. Cóż…. Pamiętam jak wiele lat temu prawie popłakałam się ze złości, gdy otrzymałam w pracy na Mikołajki prezent, który nie tylko nie spełnił moich oczekiwań, ale wręcz miałam wrażenie że był kupiony „po złości”. Teraz myślę, że ofiarodawca myślał kluczem: co ja sam chciałbym dostać, i kupił prezent „pod siebie”, a ja zupełnie nie umiałam tego przyjąć. Włączyła mi się samoczynnie funkcja „porównywanie” i wykrzykiwałam, że moja koleżanka z pokoju to zawsze dostaje prezenty trafione i piękne, a ja takie „od czapy”.
Gdy teraz przyglądam się uczuciom, które mi wtedy towarzyszyły, myślę nie tylko o swoich oczekiwaniach, ale i o mojej reakcji. Zupełnie nie rozumiałam, że ktoś mógł mieć dobre intencje wybierając prezent, mógł pomyśleć, że nawet jeśli nie słucham takich płyt – może się do nich przekonam gdy przesłucham tę, którą dostałam. Można więc przypuszczać, że ja miałam jakieś oczekiwania, ale i ofiarodawca je miał w stosunku do mnie.
A jakie były moje oczekiwania w stosunku do ludzi? Oczekiwałam, że będą tacy, jak ja bym chciała, aby byli, czyli – w dużym uproszczeniu – że będą spełniać moje oczekiwania. Ja, ja, ja. JA chciałam, JA myślałam, JA sądziłam, że ty to zrobisz inaczej, bo JA zrobiłabym to lepiej. Tylko czy na pewno? Dlaczego nie było we mnie zgody, aby ludzie byli takimi, jakimi są? Dlaczego chciałam ich na siłę zmieniać? Dlaczego sądziłam, że im w ten sposób pomagam, a tymczasem niejednokrotnie ich raniłam swoimi osądami, komentarzami, propozycjami tego, jak mogliby się zmienić. W sumie to zastanawiam się często, jak ludzie mogli mnie w ogóle lubić, taką roszczeniową, pewną własnych racji, apodyktyczną i egoistyczną.
Gdy zaczęłam się nawracać, bardzo chciałam się zmienić. Bardzo chciałam się wyzbyć pychy, która kazała mojemu JA dyktować ludziom, jak mają żyć, zachowywać się, postępować. Codziennie modliłam się Litanią pokory Tomasza á Kempis – „modlitwą, która uwalnia od fałszywych pragnień”. W tej litanii znalazłam wszystkie odpowiedzi, które leżały u podnóża moich oczekiwań. Moje niespełnione ambicje, chęć bycia na pierwszym miejscu, bycia dostrzeżoną, docenioną, wynagradzaną. Nie mówię, że w każdym przypadku te oczekiwania są z gruntu złe, bo jeśli ktoś dobrze wykonuje swoją pracę, powinien za nią otrzymywać godną zapłatę. Ważne jednak, aby odnaleźć tę subtelną granicę między oczekiwaniem naturalnym, a wygórowanym.
Najwięcej oczekujemy zazwyczaj od swoich bliskich i najboleśniej odczuwamy, gdy ich zachowania nie są zgodne z naszymi oczekiwaniami. Gdy wykonamy czyjąś prośbę czy zadanie, a ktoś zamiast nas pochwalić, nagle zaczyna krzyczeć. Albo gdy krzyczy, bo tego zadania/ prośby nie wykonaliśmy, czy wykonaliśmy je źle. Niejednokrotnie byłam w takiej sytuacji. Obrywałam od szefów, obrywałam od bliskich, obrywałam od przyjaciół. Im bliższa to była osoba, tym boleśniejsza rana, i tym mocniejszy odwet na tym, kto akurat się nawinął. I znowu najczęściej byli to moi bliscy, bo najłatwiej odreagować w domu, wyładowując swoją złość na kolejnej osobie. Ogromnie trudno panować nad swoimi emocjami i nie przenosić ich na druga osobę, robimy to czasami wręcz mimowolnie. Zatem my ranimy, i bywamy ranieni, rzadko kiedy zastanawiając się, co było powodem tej lawiny, na której końcu znalazł się czyjś krzyk. Dopiero uczę się tego, że nierzadko za czyimś krzykiem stoją jego własne problemy, zranienia, emocje, a czasami zapewne i bezsilna złość na to, że ktoś nie spełnia oczekiwań krzyczącego, bo ten miał swój plan i liczył, że będzie on tak a nie inaczej wykonany. Czasami może to być po prostu zły, ciężki dzień, złe samopoczucie, dźwiganie ciężarów, których w ogóle się nie spodziewamy. To one powodują, że człowiek wybucha. Krzyczy, i swoim krzykiem rani innych; ale czy słyszę, że to może być także krzyk osoby, która zwyczajnie potrzebuje pomocy? Może wystarczy gdy wykonam swoją pracę, albo gdy zapytam, co jest powodem tego krzyku? Gdy z perspektywy czasu myślę o moich krzyczących szefach uświadamiam sobie, że niejednokrotnie nie byłam bez winy. Nie wykonałam polecenia, zawaliłam, a ich krzyk spowodowany był tym, że ktoś inny naciskał, aby ta praca była wykonana w ten a nie inny sposób, i w tym właśnie czasie, a nie później. Myślę, że ważne jest aby zrozumieć drugą osobę, ważne by po krzyku usłyszeć przepraszam, ale najważniejsze jest, aby umieć krzyczącemu wybaczyć.
Czytałam kiedyś książkę „Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego. Zapamiętałam z niej obraz więźnia łagru, który codziennie wkładał poparzoną rękę w ogień, aby rana się nie goiła, by nie musiał pracować dla oprawców. Ta ręka wkładana w ogień jest dla mnie symbolem nieprzebaczenia i zranień, które nosimy w sobie, bez końca je rozpamiętując. Zamiast pozwolić ranie zabliźniać się, my wciąż i wciąż na nowo rozkładamy na czynniki pierwsze słowa, którymi zostaliśmy zranieni; które ktoś do nas powiedział, które ktoś wykrzyczał. Nawet jeśli zostaliśmy przeproszeni, pchamy tę rękę do ognia, pielęgnując w sobie żal do drugiej osoby, ale i głaszcząc swoje własne JA, które w tamtej sytuacji ucierpiało. Opowiadamy innym, jak bardzo nas to dotknęło, i karmimy się współczuciem drugiej osoby, czasami niejednokrotnie zapętlając się w niekończących się dyskusjach na temat jednej sytuacji z przeszłości, i znowu podsycając ogień, który te oparzenia pali wciąż żywym płomieniem.
Długi czas w moim życiu trzymałam ręce w ogniu. Nie jedną rękę, ale obie, a może nawet i nogi, może cała byłam jedną wielką raną, użalając się nad tym, co ktoś mi powiedział, jak mnie skrzywdził, nosząc w sobie nieprzebaczenie nie pozwalałam samej sobie, aby ten ogień bólu i zranień przestał płonąć.
Pan Bóg jednak pomału otwierał moje oczy, pozwalał stawać w prawdzie i pokazywał, że moje złe myśli o innych są niczym innym, jak tylko lustrem moich własnych zachowań. Są odbiciem tego, czego najbardziej nie lubiłam w sobie samej, mojego przenoszenia emocji na rodzinę, mojego krzyku, mojego rozkazywania. Mojej potrzeby rządzenia i tego, aby wszystko było tak, jak JA tego chcę. Mojej nieumiejętności słuchania potrzeb innych. Moich oczekiwań, że ktoś będzie taki, jak ja chcę aby był, zamiast pozwolić mu być sobą, bo Bóg stworzył go właśnie takim – kruchym, delikatnym, innym zupełnie niż ja. Bo chciałam też w swojej naiwności „ulepszać” tych, którzy nie mieli tak mocnego charakteru jak ja. Tych, którzy – w mojej ocenie – zachowywali bierność, gdy powinni działać; kładli uszy po sobie, zamiast walczyć; wystawiali na ostrzał innych, zamiast samemu zbierać cięgi. Nie rozumiałam zupełnie, że oni także działają, tylko INACZEJ. Działają w sposób, którego ja nie potrafię zrozumieć, bo zaślepia mnie moja własna pycha, moje własne oczekiwania w stosunku do tej osoby.
Odpowiedzi szukałam w modlitwie, znowu krzyczałam, ale tym razem do Boga: zrób coś, bo ja sama z siebie nie dam rady! Ja nie wiem, jak pozbyć się własnej pychy, jak mogę nagle stać się pokorną owieczką, jak dotychczas była żarłocznym wilkiem??? Co zrobić, aby się zmienić?
Wraz ze wzrastaniem we wspólnocie, do której należę, dostałam narzędzia, które były Bożą odpowiedzią na moje wołanie. Dostałam osoby, które przychodziły z odpowiedziami, często nawet nie wiedząc, że odpowiadają na pytanie, które akurat w sobie noszę. Dostałam najlepszą oręż  - Pismo św. i nakaz codziennego korzystania ze słów, które się w nim znajdują; dostałam całe mnóstwo wskazówek w nauczaniach Pasterza. Odpowiedzi przychodziły także w cytatach ze słów Jezusa do Alicji Lenczewskiej, w homiliach w kościele, w internetowych konferencjach i książkach, w medytacjach Pisma św., w ciszy….. starałam się uważnie ich nasłuchiwać, i je rozeznawać.
Z tych wszystkich źródeł płynęły odpowiedzi: zacznij od siebie, znajdź w sobie zranienia, pozbądź się ich; naucz się słuchać innych, a nie siebie; naucz się kochać – najpierw siebie, a potem innych, bo to, czego nie zaakceptujesz w sobie, spowoduje, że nie nauczysz się kochać innych. Nie trzymaj ręki w ogniu, ale zacznij nakładać bandaże. Bandaże miłości własnej, miłości i szacunku do innych, miłości, która jest tylko w Bogu.
Ten proces wciąż trwa. Wciąż nakładam bandaże i uczę się, jak słuchać innych, jak ich rozumieć, jak ich nie oceniać, i jak akceptować to, że nie spełniają moich oczekiwań. Uczę się pokory i posłuszeństwa – dwóch filarów, które nie tylko uczą mnie bycia we wspólnocie, ale także w codziennym życiu, bo można je przyłożyć do niemal każdej sytuacji – także do wspólnoty, jaką tworzę ja i moja rodzina, czy środowisko pracy.
Miłość do Boga, do bliźniego i do samego siebie wyraża się także w umiejętności bycia posłusznym. Bardzo długo walczyło to we mnie, nie było we mnie zgody na różne sytuacje, myślałam, że rozwiązałabym je lepiej, inaczej, po swojemu. Znowu – oczekiwałam, że ktoś zrobi tak, jak ja bym chciała. Dopiero całkiem niedawno, po prawie 3 latach bycia we wspólnocie, zrozumiałam, czym jest posłuszeństwo. Dla mnie posłuszeństwo to nic innego, jak odłożenie swoich oczekiwań na półkę. Akceptacja decyzji, które podejmują inni. Im mniej te decyzje wygodne są dla mnie, tym większa lekcja pokory i posłuszeństwa. Tym większe pole do pracy nad sobą, tym bardziej mogę się uniżać, tym lepsza okazja, aby wyzbyć się własnych oczekiwań, aby pozostawić swoje JA, i pozwolić, aby żył i działał we mnie Jezus. Chciałabym móc codziennie powtarzać za św. Pawłem: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. (Ga 2.20)
Nadal aktualne są dla mnie, choć niezwykle trudne do przyjęcia i przyłożenia do własnego życia, słowa z Litanii, o której wspomniałam wcześniej, ale wciąż chcę nad nimi pracować:
O, Jezu cichy i pokornego serca, wysłuchaj mnie.
Wyzwól mnie, Jezu z pragnienia aby być cenionym,
z pragnienia aby być lubianym,
z pragnienia aby być wysławianym,
z pragnienia aby być chwalonym,
z pragnienia aby wybrano mnie przed innymi,
z pragnienia aby zasięgano mojej rady,
z pragnienia aby być uznanym,
ze strachu przed poniżeniem,
ze strachu przed wzgardą,
ze strachu przed skarceniem.
ze strachu przed zapomnieniem,
ze strachu przed wyśmianiem,
ze strachu przed skrzywdzeniem,
ze strachu przed podejrzeniem.

I także Jezu, daruj mi te łaskę bym pragnął...
aby inni byli więcej kochani niż ja,
aby inni byli wyżej cenieni ode mnie,
aby w oczach świata inni wygrywali, a ja bym przegrywał,
aby inni byli wybierani, a ja bym był pozostawiony,
aby inni byli chwaleni a ja bym był niezauważony,
aby inni byli we wszystkim uznani za lepszych ode mnie,
aby inni mogli stać się świętszymi ode mnie,
o ile tylko ja będę tak święty jak powinienem,

Amen.










Komentarze

  1. bardzo subtelna bywa różnica miedzy pragnieniem naturalnym a przerośniętym albo skarłowaciałym. Pośrodku cnota.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara