Kuferek wspomnień [12.01.2020]


Kuferek wspomnień. Tak nazywała się kategoria w blogu, którego zaczęłam prowadzić po śmierci mojego Taty. Wtedy blogowanie dopiero się rozkręcało, a że ja zawsze lubiłam pisać, blogowanie stało się dla mnie nową formą „pamiętnikowania”. Miałam 33 lata, i w nazwie bloga: „Trzydzieści trzy mgnienia”, upatrywałam paraleli Chrystusowego wieku – liczyłam, że to będzie rok pełen błogosławieństw, a tymczasem wydarzyło się wiele rzeczy w moim rozumieniu złych, powodujących cierpienie, o którym pisałam: „Nie przyszło mi do głowy, że może to być rok najtrudniejszy. Że nagle umrze Tata. Że ból będzie tak wielki. Że przestanie mnie interesować wszystko wokół, że zacznę żyć obok. Obok siebie, i obok innych.  Że gniew i obojętność będą zamykać dostęp do mnie najbliższym.” Blogowanie było trochę jak terapia – pojawiło się grono komentujących, niektóre ze znajomości przeszły nawet do tzw.”realu”. A ja pisałam – o wszystkim co mnie otaczało, dotykało, rozśmieszało. Przez 10 lat – od śmierci Taty, do choroby i śmierci Mamy; mniej lub bardziej regularnie, im później – tym rzadziej. Pisanie przynosiło ulgę, budujące komentarze innych podnosiły na duchu, poprawiały moje ego – szczęśliwie nigdy nie spotkałam się z hejtem.
Kategoria „Kuferek wspomnień” zawierała moje wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, a najbardziej lubiłam w niej post o guzikach: „Ale najbardziej lubiłam bawić się guzikami. W jasnożółtym prostokątnym plastikowym pudełku, wielkości m.w. 10x10x20cm, ukryte były właśnie te „spodniowe". Wszystkie jednakowe, tylko w różnych kolorach. Mogłam przebierać w nich godzinami. Jak Tata pozwalał wysypywałam wszystkie z pudełka i dzieliłam według kolorów. Potem układałam z nich wzory, potem mieszałam wszystkie razem... najbardziej lubiłam zawsze te ciemnozielone. W zasadzie to nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam, żeby Tata przyszywał te ciemnozielone wewnątrz marynarkowych klap czy spodni - najczęściej znikały z jasnożółtego pudełka te czarne i brązowe. Ale tego uczucia nie zapomnę chyba nigdy - takie miękkie przesypywanie między palcami. Można wodzić w tę i z powrotem w takim guzikowym morzu, robić fale mniejsze lub większe, słuchać tego cichutkiego szumu uderzania plastik o plastik i cieszyć się tym głaskaniem, jakie odczuwały palce przebiegające między czarnymi, brązowymi, i tymi ciemnozielonymi guziczkami....” Wspomnienia o Tacie powoli zacierają się, a ja wciąż mam do czego wracać – niektóre z nich udało mi się zapisać, zanim zdążyły, niczym wielobarwne motyle, ulecieć z mojej pamięci.
W moim Pokoju Modlitwy, na który mają złożyć się teksty, które piszę, przybył kolejny element: kuferek wspomnień. Zatem wytarłam kurz z wieczka, otworzyłam na chwilę kuferek, i wydobyłam z niego to najstarsze wspomnienie – jak powstał mój blog, oraz to ulubione – o guzikach, które w żółtym pudełku przechowywał w swojej pracowni mój Tata.
Warto zachowywać wspomnienia, ale zdarza się, że niektórzy utykają w przeszłości na zbyt długi czas, zastępując nią teraźniejszość. Niby zatem żyją, a są jak umarli, pogrążeni w tym, co było, minęło, bolało albo przynosiło radość – ale co definitywnie było przeszłością i powinno nią pozostać. Gdy dziś obudziłam się o 4 nad ranem i przewracałam się z boku na bok nie mogąc zasnąć, tradycyjnie zaczęłam mówić do Boga, pytając, czy chce mi coś powiedzieć. Przyszły do mnie wtedy słowa: zostaw umarłym grzebanie umarłych. I wszystko stało się jasne – mam napisać o przeszłości.
Przeszłość może być naszym błogosławieństwem, ale może też stać się naszym przekleństwem. Szczególną formą tkwienia w przeszłości jest nieustanne rozpamiętywanie krzywd i zranień, które nam się w życiu przytrafiły. Potrafimy całymi latami nosić w sobie pozorne drobnostki, takie jak czyjeś słowa, które rozpamiętywane w kółko i w kółko urastają w naszej wyobraźni i życiu do monstrualnych rozmiarów. Są jak bluszcz, który wdziera się w najdrobniejsze szczeliny, i sami nie wiedząc kiedy, pozwalamy aby rozrósł się na całej ścianie. Owszem, jesienne, lśniące odcieniami czerwieni ściany porośnięte bluszczem wyglądają pięknie, ale niewiele osób wie, jak bardzo bluszcz niszczy tynk, wnikając w ścianę budynku. Tak samo niszczące są wspomnienia i złe emocje, którym pozwalamy zakorzenić się w naszych sercach.
Jest takie stare ukraińskie przysłowie: „Słowo nie strzała, a głębiej rani”. To prawda, potrafimy grot takiej strzały nosić w sobie całymi latami, a nie próbując się pozbyć tego grotu powodujemy, że nigdy nie zabliźnia się rana zadana zatrutym grotem. Zresztą – nie zawsze grot jest zatruty, czasami źle odczytane intencje mówiącego mogą spowodować w nas zły odbiór jego słów. Straszne konsekwencje może wywołać taki tkwiący w ranie grot – mogą nimi być chociażby kompleksy, wywołane czyimiś słowami. Do dziś pamiętam raniące słowa koleżanki z podstawówki, które dotarły do mnie w formie plotki – o tym, jak fatalnie tańczę. Przez całe życie te słowa rosły i rosły, a ja chodziłam w przeświadczeniu, że mam kij od szczotki wrośnięty w kręgosłup i nigdy nie będę dobrze tańczyć. Owszem, nie jestem zbyt utalentowana w tym kierunku, ale to te słowa powodowały, że na samą myśl o wyjściu na parkiet wszystko wręcz blokowało się we mnie i powodowało, że pomimo iż ogromnie chciałam tańczyć, robiłam to fatalnie – tak byłam spięta.
Bywa także i tak, że niesiemy naprawdę ciężkie przeżycia – takie jak strata ukochanej osoby. Gdy odszedł mój Tata nie mogłam się z tym pogodzić, bardzo byłam z Nim zżyta, dużo bardziej niż z Mamą. Rozpamiętywałam więc w nieskończoność tę ostatnią herbatę bez cytryny i kanapkę bez szynki, ale też moje zniecierpliwienie, gdy do mnie dzwonił znacznie wcześniej, nie te kilka dni przed śmiercią… pogrążałam się w rozpaczy, raniąc moich bliskich. Choroba i śmierć mojej Mamy i Brata, mobbing jakiemu byłam poddawana w pracy, mogły doprowadzić do naprawdę tragicznych skutków. W chwili największej rozpaczy rozpędziłam się do 150 km/h i myślałam: jak bardzo chciałabym, aby znalazła się przede mną jakaś ściana w którą mogłabym wjechać i nie myśleć już o tym, nie dźwigać tego wszystkiego! Dlaczego znowu ja?! Dlaczego tyle zła, tyle cierpienia?! Dlaczego moja chora Mama musi udźwignąć jeszcze śmierć własnego Syna?! Całe szczęście mój Anioł Stróż czuwał nad moim rozsądkiem i natychmiast przyszła refleksja, że nie wolno mi nawet tak myśleć, bo do niczego dobrego to nie prowadzi. Zresztą Bóg już mnie wtedy wołał, już czekał na mnie, znajdowałam w Nim ten wyjątkowy pokój i ukojenie, którego nie znajdowałam w niczym ani nikim innym.
Na początku swojej drogi za radą jednej z koleżanek odbyłam spowiedź u franciszkanina z niepokalańskiego Sanktuarium. Po pierwszym spotkaniu zaproponował mi spowiedź z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. Postępując zgodnie z Jego zaleceniami, w oparciu o szereg pytań, które otrzymałam od Niego, przygotowałam się dobrze do kolejnego spotkania, rozprawiając się z większością zranień, które w sobie nosiłam. Dziś wciąż ze wzruszeniem wspominam pierwsze znaki, jakie zaczęłam zauważać gdy zdecydowałam się na drogę nawrócenia: gdy jechałam do Niepokalanowa nagle poderwało się z pola ogromne stado czarnych ptaków – pomyślałam wtedy: ucieka ciemność z mojego życia. Gdy zatrzymałam się przed przejazdem kolejowym, patrząc na przejeżdżający pociąg pomyślałam: odjeżdża moja przeszłość, wszystko odtąd będzie nowe. Ważne słowa usłyszałam podczas ówczesnego spotkania: przeszłość jest przeszłością, nie warto w niej grzebać, nie wolno się na niej zatrzymywać. Ważne jest tylko tu i teraz, nie wiemy przecież, czy będzie jakieś jutro  
Ze smutkiem patrzę na osoby, które nie żyją swoim teraźniejszym życiem, ale tkwią bez cienia radości w przeszłości. Na wdowy, rozpamiętujące w nieskończoność, całymi latami, męża, który zmarł dawno temu, pogrążone w żalu i nie potrafiące obdarzać miłością dzieci czy wnuków czekających na ich zainteresowanie, potrzebujących opieki czy zwykłej obecności.
Na osoby zranione lata wcześniej arogancją księży, którzy nie potrafili we właściwy sposób podejść do penitenta, ale swoimi słowami zamknęli na lata drogę do Sakramentu Pojednania – do Sakramentu, który pozwala spotkać się z miłosiernym, drżącym z oczekiwania na powrót Syna Marnotrawnego Ojcem, pełnym czułości, wyrozumiałości, nie oceniającym i nie wydającym sądów.
Na tych, którzy zostali w przeszłości boleśnie skrzywdzeni fizycznie lub psychicznie, ale zamiast próbować zamknąć za sobą trudny rozdział z przeszłości wciąż wkładają rękę do ognia, jak ten więzień z łagru, o którym pisałam w „Półce na oczekiwania”, zadręczając samych siebie nienawiścią, żalem, poczuciem krzywdy.
Na osoby, które nie rozumieją, że należy odciąć się od przeszłości, bo do niczego dobrego tkwienie w niej nie prowadzi, a wręcz przeciwnie – zatrzymuje nas wciąż w tym samym miejscu, nie pozwalając ruszyć do przodu.
Na tych, którzy narzekają, że „drzewiej to lepiej bywało”. Owszem, jeśli było lepiej, a teraz jest gorzej, wspomnijmy to czasami, ale nie oczekujmy, że przeszłość stanie się znowu teraźniejszością. Podziękujmy za to, że dane nam było tego „lepiej” doświadczyć, wzbudźmy wdzięczność, że mogliśmy być uczestnikami czegoś dobrego, ale doceńmy także to, że w ogóle mamy jakieś „teraz”, w którym też przecież można odnaleźć całe pokłady, albo chociaż okruszki, czegoś dobrego – wystarczy go czasami tylko poszukać i się na to dobro otworzyć.
Także i na tych, którzy nie odróżniają pobożności od żywej i prawdziwej wiary, bo tak naprawdę nigdy nie próbowali zbudować prawdziwej relacji z Jezusem. Znają jedynie Boga, którzy karze i surowo ocenia; wierzą, że ilość odmówionych modlitw jest cenniejsza niż kontakt z drugą osobą. Nie wiedzą, że Bóg jest zupełnie inny – że jest Miłością i Miłosierdziem i nie liczy paciorków różańca przesuniętych w palcach, ale pragnie byśmy chcieli przybliżać się do Niego, nawiązali z Nim osobistą relację, mówili do Niego i słuchali; spotykali się z Nim w innych ludziach, poświęcając im czas.  
Zatem dzisiaj zachęcam, aby zamknąć pokrywę na kuferku wspomnień. Na drodze nawrócenia wędrujemy na szczyt, pozostawiając przeszłość w postaci szlaku, który już za nami, i nie oglądając się zbyt często za siebie w dół. W Ewangelii św. Mateusza Jezus zachęca:
"Pójdź za Mną, a zostaw umarłym grzebanie ich umarłych!" (Mt 8, 18-22)
Zostaw za sobą przeszłość, zostaw duchową śmierć, przestań tkwić w miejscu, w którym jesteś od lat – pójdź za Nim! Zostaw umarłym grzebanie umarłych – przestań wreszcie narzekać, że nic się nie zmienia w Twoim życiu, jeśli chcesz tkwić wciąż w tym samym miejscu i zamiast naprawdę żyć pełnią życia - karmisz się wspomnieniami, złymi emocjami, zranieniami, tkwiąc w rzeczywistości, której już dawno nie ma. Pozwól sobie na pozostawienie jej za sobą.
Jeśli nie wiesz, od czego zacząć, zapytaj o Kapłana, któremu możesz zaufać, który nie skrzywdzi cię swoim osądem, pomoże przejść przez zranienia, przeprowadzi ze starego do nowego życia. Porozmawiaj ze znajomymi, którzy takich Kapłanów znają i mogą polecić. Pójdź za Jezusem – spotkaj się z Nim w Sakramencie Pokuty i Pojednania, zaufaj Mu od nowa, pozwól się poprowadzić Jego drogą. Zostaw umarłym grzebanie umarłych i zacznij żyć!



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara