Pudełko na dźwięki [05.01.2020]
Dźwięki. Wypełniona jest nimi niemal każda przestrzeń naszego przebywania. Przez
długie lata moim naturalnym odruchem natychmiast po powrocie do domu z pracy
było włączanie radia lub telewizora. Bałam się ciszy, wręcz jej unikałam. Moje
życie musiało być wypełnione dźwiękami – wiadomości, seriale, teleturnieje,
muzyka… non-stop, bez przerwy, w każdej sekundzie coś musiało buczeć, brzęczeć,
grać. Gdy jechałam w delegację, zaraz po wejściu do hotelowego pokoju
zaczynałam szukać pilota do telewizora. Nawet w innym kraju, jeśli nie do końca
rozumiałam treść, musiał być włączony telewizor, aby pusta przestrzeń była
wypełniona dźwiękami.
Także przed zaśnięciem włączałam muzykę w telefonie. Cisza w dzień jest
zupełnie czymś innym niż cisza w nocy, ta druga wręcz mnie paraliżowała i
przerażała – podobnie jak ciemność. Śpię jak zając, więc nawet gdy przebudzałam
się kilka razy w nocy, zaraz uruchamiałam muzykę w telefonie. Na kwadrans, a
gdy nie udało mi się zasnąć – na kolejny kwadrans, i kolejny, i kolejny.
Wsłuchiwałam się w słowa piosenek, ale moje myśli i tak zaczynały uciekać,
krążyć wokół spraw codziennych, skakać niepoukładane, i tak nakładały się na
siebie nie tylko słowa z piosenek, ale i moje własne przemyślenia. Wyobraźnię
mam bujną, więc często nawet gdy czytałam czyjeś słowa, gdy znałam ich autora
wyobrażałam sobie, że słyszę jego głos – bardzo lubię tę formę czytania –
przeradza się trochę jakby w słuchowisko.
Nieustannie potrafiłam też toczyć niekończące się dyskusje w swojej głowie
– byłam doskonałym scenarzystą rozmów, które nigdy nie miały miejsca, bo
zaczynały się i kończyły tylko w mojej wyobraźni. Nawet, gdy próbowałam
zaplanować sobie w ten sposób przebieg rozmowy z moim szefem, on w
rzeczywistości nigdy nie kończył się tak, jak sobie to zaplanowałam, jak to w
swojej głowie usłyszałam.
Gdy zaczynałam z kimś rozmawiać, nie potrafiłam słuchać swojego rozmówcy.
Owszem, słyszałam co do mnie mówi, ale już w połowie zdania miałam gotową swoją
odpowiedź i moje myśli skupiały się nie na dźwiękach wydobywających się z
czyichś ust, ale na tych wypełniających moją głowę – na odpowiedziach, których
już natychmiast chciałam udzielać, albo raczej wypowiedziach, którymi
niekoniecznie druga strona była zainteresowana. I tak w rzeczywistości umykało
mi to, co usłyszałam, bo nastawiona byłam głównie na mówienie. Oczywiście o
sobie, o swoich doświadczeniach, bo kto jak nie ja i moje przeżycia powinien
być w centrum? Kto potrafi barwniej opowiadać, splatać wątki, mnożyć sceny i
rozbierać na części pierwsze najdrobniejsze detale, by o nich opowiedzieć?
Kiedy zaczęłam się nawracać nie miałam pojęcia od czego zacząć. Słyszałam:
buduj relację z Jezusem, to jest najważniejsze – ale nie miałam pojęcia, jak
się do tego zabrać; każdy mówca na konferencjach powtarzał to zdanie, ale nikt
nie dawał recepty, jak to zrobić, na czym właściwie polega to budowanie
relacji?
Zadałam to pytanie jednej z moich przyjaciółek, (a później towarzyszek
duchowych), a Ona napisała mi: Duch św. mówi mi, że w twoim życiu jest zbyt
wiele hałasu. Z perspektywy czasu myślę, że od tego zdania zaczął się powolny
proces wprowadzania do mojego życia ciszy. Trudno mi teraz przypomnieć sobie
jak dokładnie on przebiegał, ale to zdanie nie dawało mi spokoju: jest zbyt
wiele hałasu w Twoim życiu. Co to właściwie znaczy? Skąd bierze się ten hałas?
Nagle zaczęłam dostrzegać to, o czym napisałam na początku: że faktycznie
towarzyszy mi cała masa niepotrzebnych dźwięków, które wszystkie razem tworzą w
mojej głowie wręcz ogłuszającą kakofonię, która często zagłusza moje własne
myśli i zakłóca przestrzeń, w której mogę spotkać się z samą sobą i z Bogiem,
który przecież przychodzi jak ciepły wiatr, w lekkim powiewie, w szmerach i
szeptach, w poruszeniach serca, które bardzo łatwo można przeoczyć, gdy
zagłuszają je dźwięki codzienności.
Zmieniłam zatem swoje nawyki – po powrocie do domu zamiast włączyć radio
czy telewizor, szłam pomodlić się. Otwierałam Nowy Testament i czytałam – na
głos, bo przecież wiara rodzi się ze słuchania. Starałam się skupiać tylko na
jednej rzeczy na raz, odkładając na bok swoje przeświadczenie, że mam podzielną
uwagę, i mogę równocześnie czytać, słuchać, obrabiać zdjęcia, i robić milion
innych rzeczy. Owszem, mogę. Ale po co? Równie dobrze mogę skupić się na samym
czytaniu, lub na samym pisaniu, albo tylko na oglądaniu.
Ta próba przestawienia w głowie gradacji dźwięków i włączenia w ich miejsce
ciszy na początku nie była łatwa. W zasadzie trudno nawet odpowiedzieć mi samej
sobie na pytanie, skąd bierze się w człowieku lęk przed ciszą? Dlaczego musimy
natychmiast próbować ją wypełniać, zamiast nauczyć się w niej przebywać? Może
tkwi we mnie obawa, że usłyszę dźwięki, których nie znam i nie rozumiem,
których nieznane źródło mnie przerazi? Mimo tego strachu, zaczęłam tę swoją
ciszę pomalutku oswajać, wkładając różne dźwięki do pudełka. Na samym dnie
pudełka leżą dźwięki z telewizora. Tych było najwięcej, więc zajmują naprawdę
dużo miejsca. Dorzuciłam do nich także popową muzykę ze stacji radiowych –
powtarzające się w kółko te same utwory, które przez chwilę są na topie, bo
zniknąć zapomniane po pojawieniu się kolejnego hitu innego wykonawcy. Wszechobecne
reklamy – oooo, te to dopiero zajmują miejsca w pudełku! Starałam się też
wrzucić do pudełka te nigdy nieodbyte rozmowy i niepisane scenariusze, które
doskonale wypełniły puste przestrzenie w pudełku, ale gdy tylko uchylę wieko –
próbują się z niego wydostać. Delikatne dźwięki z zewnątrz – szum ulicy,
brzęczenie tramwajów - naprawdę trudno tam dorzucić, bo zupełnie nie zależą ode
mnie, ale przy odrobinie dobrych chęci udaje się i je także umieścić w pudełku.
Oczywiście to nie jest tak, że moje pudełko na dźwięki stoi cały czas
zamknięte – otwieram je dosyć często; bywa, ze pokrywka sama spada gdy dźwiękom
robi się za ciasno, i rozpychając się między sobą łokciami walczą o wolną
przestrzeń i próbują się z pudełka wydostać. Wciąż słucham radia i oglądam TV,
ale nie tak często jak dawniej.
Pozostawiłam te dźwięki, które lubię, które zawsze dostrzegałam, ale nie
przywiązywałam do nich zbyt dużej wagi. W mieście są to te zaokienne –
najczęściej śpiew ptaków, szczególnie wiosną i latem, gdy budzą mnie rano. Szmery
i szelesty przyrody – pamiętam tuptanie jeża z ogrodu w jezuickim klasztorze w
Kaliszu; ten trudny do opisania dźwięk brzęcząco-szeleszczącej ściany bluszczu,
pełnej pszczół; plusk ryb w stawie; brzęczenie cykad na greckich wyspach;
stukanie kropel deszczu za oknem; chrzęst zmrożonego śniegu pod butami… za
takimi dźwiękami czasami nawet tęsknię.
Gdy udało mi się oczyścić przestrzeń z hałasu, zaczęłam uczyć się
słuchania. Wciąż jeszcze nie jestem w tym zbyt dobra, ale śmieję się, że jestem
dobrym słuchaczem, bo czasami mogę słuchać tej samej historii któryś raz z
kolei, i wciąż przyjmuję ją jak nową, bo niektórych ze słyszanych historii
zupełnie nie zapamiętuję. Staram się więc mniej mówić, a więcej słuchać. Staram
się słuchać innych, i staram się też usłyszeć głos Boga, bo to On zaprosił mnie
do ciszy. Pomalutku, krok po kroku, uczyłam się (i wciąż uczę), jak usłyszeć
ten najważniejszy Głos, który jest gdzieś w głębi mojego serca. Po tym, jak
wygadam już przed Nim to, co mam w sercu, jak podziękuję, przeproszę, i z
sercem pełnym wdzięczności uwielbię, zostawiam czas na słuchanie. Na początku
nastawiałam zegar na 5 minut, potem na 10. Staram się wyciszyć swoje myśli i
słuchać, a w zasadzie trwać w ciszy, bo znacznie częściej zwyczajnie trwam przy
Bogu, niż słucham. Oczywiście wcale nie jest to łatwe, bo myśli pchają się
czasami do głowy i próbują zakłócić ten czas, ale ja staram się naprawdę
starannie zamknąć moje pudło na dźwięki zanim pójdę na kawę z Jezusem.
Nie będę pisać, ile mi to zajęło, by oswoić ciszę, bo dla jednych może to
był krótko, dla innych długo – każdy ma swoje własne predyspozycje i inaczej
funkcjonuje. W pewnym momencie poczułam, że Jezus zaprasza mnie, aby wybrać się
na rekolekcje ignacjańskie, aby jeszcze bardziej w tę ciszę wejść – czas
rekolekcji bez telefonu, dostępu do wiadomości ze świata zewnętrznego, w
milczeniu. Czas, gdy można usłyszeć najwięcej.
Teraz nie wyobrażam sobie swojego życia w hałasie. Tylko w ciszy jestem w
stanie spotkać się nie tylko z samą sobą, ale i z Tym, który jest w ciszy.
Czasami nawet słyszę Jego głos. Bardzo rzadko, ale jednak. Częściej przychodzi
w poruszeniach serca, gdy bardziej czuję niż słyszę co Bóg chce mi powiedzieć.
Ale te chwile są najcenniejsze. Staram się przechowywać je jak skarb w swoim
sercu, i opisywać w dzienniku, bo ludzka pamięć jest zawodna i mogą umykać. Są
tym cenniejsze, im bardziej jestem w dołku, bo wtedy mogę wrócić do swoich zapisków,
obudzić wspomnienia i nasycić serce.
Dzisiaj już wiem, że moje pudełko z dźwiękami stoi na półce – jeszcze nie
mam pewności, czy na tej z oczekiwaniami, czy może na innej, o której napiszę
innym razem…
A poniżej słowa jednej z moich ulubionych piosenek, która była doskonałym zaproszeniem
do ciszy:
Kiedy znowu mnie zawiodą, mój
wzrok i słuch. Gdy wypowiedzianym
słowom, już zabraknie tchu.
Pośród myśli słów potoku, ukryła się wiem. Usiądę i zaczekam na choćby mały jej cień.
Moja cisza jest jeziorem, zanurzę się w nim. W ciszy ustępuje ciężar oskarżeń i win.
Moja cisza mnie otula, dobrze mnie zna. Moja cisza pokazuje, gdzie zaczynam się ja.
Choć tak wiele nadaremnie padło słów na wiatr. Wiem, że ona znajdzie we mnie, co zgubione od lat.
Ciszy muszę oddać wszystko, po ostatnią część. Tylko wtedy się ośmieli, nadać życiu sens.
Moja cisza jest jeziorem, zanurzę się w nim. W ciszy ustępuje ciężar oskarżeń i win.
Moja cisza mnie otula, dobrze mnie zna. Moja cisza pokazuje, gdzie zaczynam się ja.
Cisza nie jest samotnością, lecz przestrzenią do zmian. W ciszy znaną mi melodię od serca gram.
Cisza szczerze mi opowie, co usłyszeć mam.
Moja cisza jest motylem, o skrzydłach jak ptak. Cisza uczy mnie zamieniać, moje "nie" na "tak".
Moja cisza mnie prowadzi, obok mnie trwa. Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja.
Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja. Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja.
Pośród myśli słów potoku, ukryła się wiem. Usiądę i zaczekam na choćby mały jej cień.
Moja cisza jest jeziorem, zanurzę się w nim. W ciszy ustępuje ciężar oskarżeń i win.
Moja cisza mnie otula, dobrze mnie zna. Moja cisza pokazuje, gdzie zaczynam się ja.
Choć tak wiele nadaremnie padło słów na wiatr. Wiem, że ona znajdzie we mnie, co zgubione od lat.
Ciszy muszę oddać wszystko, po ostatnią część. Tylko wtedy się ośmieli, nadać życiu sens.
Moja cisza jest jeziorem, zanurzę się w nim. W ciszy ustępuje ciężar oskarżeń i win.
Moja cisza mnie otula, dobrze mnie zna. Moja cisza pokazuje, gdzie zaczynam się ja.
Cisza nie jest samotnością, lecz przestrzenią do zmian. W ciszy znaną mi melodię od serca gram.
Cisza szczerze mi opowie, co usłyszeć mam.
Moja cisza jest motylem, o skrzydłach jak ptak. Cisza uczy mnie zamieniać, moje "nie" na "tak".
Moja cisza mnie prowadzi, obok mnie trwa. Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja.
Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja. Moja cisza pokazuje gdzie zaczynam się ja.

Komentarze
Prześlij komentarz