Namiot spotkania

Jeden z moich Braci ze wspólnoty napisał w mailu do mnie: „wcale nie jest zasadą że cedrowa kapliczka daje większą bliskość, katedra w Toledo każe uklęknąć” – to stwierdzenie poprowadziło mnie do wspomnień i refleksji nad tym, jakim miejscem jest dla mnie kościół – jako budynek, nie Kościół jako instytucja. Bo przecież monumentalne budowle kościołów i ich wnętrza bywają niemal tak różne, jak emocje, jakie budzą.

Wspomnienia przeniosły mnie do ferii zimowych w Rzymie kilka lat temu, gdzie zwiedziliśmy chyba wszystkie bazyliki większe, i kilka mniejszych. Niektóre porażały przepychem, złotem, bogactwem zdobień, ale... zupełnie nie miały (dla mnie przynajmniej) ducha. Wchodziłam do nich jak do muzeów, wcale nie miałam ochoty przyklękać i modlić się, ale jedynie rozglądać i podziwiać – ciekawe, czy powstawały pod wpływem Bożych natchnień, czy raczej "warsztatu" – moja wiedza w tym zakresie jest znikoma. Zapewne nie każdy twórca musiał się nawrócić, być może wielu z nich wykonywało tylko mniej lub bardziej intratne zamówienia, nie przywiązując żadnej wagi do wartości religijnych, a jedynie do materii zlecenia. Czasu podczas pobytu w Wiecznym Mieście było niewiele, a miejsc do przysłowiowego „zaliczenia” sporo, więc mieszały mi się w pamięci nazwy, ołtarze, freski; to, co chciałabym zachować w pamięci, i to, co mogę odhaczyć jako miejsce, które widziałam, ale niekoniecznie chciałabym jeszcze kiedyś do niego wracać – w przeciwieństwie np. do placu św. Piotra,  gdzie wielokrotnie wracam z tą samą niekłamaną przyjemnością i fascynacją. Już portyk Berniniego - zewnętrzna kolumnada przed bazyliką budzi nie tylko mój podziw dla maestrii architekta, który zaprojektował misternie te wyjątkowe dwa punkty, z których rzędy kolumn idealnie nakładają się na siebie i wyglądają jak jedna, ale także sentymentalne wspomnienie moich wizyt w Rzymie sprzed wielu lat, gdy udało mi się raz uczestniczyć w audiencji na placu, jeszcze za życia św. Jana Pawła II.

W Bazylice św. Piotra mogłabym spędzić cały dzień, ale bardziej podziwiając Pietę Michała Anioła, obrazy, freski, malowidła, które się tam znajdują, niezwykłe zdobienia sklepień, i mozaikowe wnętrze kopuły, niż modląc się - choć wierzę, że można się też modlić patrząc właśnie na te piękne, wiszące tam dzieła sztuki, bo niektóre zapraszają do dłuższego zatrzymania się, zamyślenia, zapatrzenia, czy chociażby bycia przy danej scenie - nie umiem tego nazwać, ale wierzę że takie chwile także mogą być pewną formą modlitwy.

Bazylika św. Pawła za murami zaskoczyła mnie przepiękną, zapraszającą do odpoczynku zielenią na zewnątrz; w środku próbowałam uchwycić aparatem światło rozproszone promieniami lutowego słońca, wpadające przez małe okienka pod sufitem. Czy to właśnie w tej bazylice był mały ołtarz, przy którym uklękliśmy i sprzed którego trudno mi było odejść, czując że to był właśnie ten moment, żeby pobyć z Tym, który tam przebywa? sama już nie pamiętam… Jednak najważniejszym duchowo przeżyciem była dla mnie wizyta na Lateranie, gdzie w małej, bocznej kapliczce stała nieduża figura Matki Bożej - Lady of Sorrows. Przysiadłam przy niej zaskoczona nagłym wzruszeniem, i mogłam tam już zostać, tak bardzo czułam się poruszona. Może dotknęła mnie swoim zasmuconym spojrzeniem, sercem pełnym współczucia; może to był ten pierwszy moment, kiedy dane mi było doświadczyć tego, do czego będę zaproszona później - do współodczuwania z tymi, którzy przychodzą prosić o modlitwę.

Kiedy myślałam o tym tekście przypomniałam sobie też o „starym” kościele (dziś – kolegiacie) w moim rodzinnym mieście – będąc tam w listopadzie, weszłam do niego by się pomodlić. Gdy uklękłam w ławce, rozglądając się w panującym tam jesiennym półmroku, poczułam ten dobrze znany zapach (starego drewna? dymu kadzideł?). Tak zapisałam w swoim Dzienniku duchowym: „Dziękowałam Bogu za wszystkie lata w scholi, za oazowe Msze święte, kiedy nowością było przyjmowanie Komunii procesyjne, zamiast klękania wzdłuż nawy; próbowałam przypomnieć sobie przyjęcie do Deuterokatechumenatu, choć pamiętałam tylko pamiątkowe zdjęcie na schodach ołtarza, a nie przeżycie duchowe (…) dziękowałam za wszystkie oazowe przeżycia, za poczucie wspólnoty; i za ślub z moim mężem, gdy nie postawili nam krzeseł; wspominałam czuwania przy grobie Pańskim w bocznym ołtarzu; swoją ulubioną ławkę w nawie po lewej stronie. Do tej mojej wdzięczności, wspomnień i podziękowań, Bóg przyszedł ze Swoją Obecnością i poczuciem bliskości. Wzruszyłam się, że po raz pierwszy w tym starym, niegdyś moim ulubionym kościele, świadomie odczuwam to, że Bóg w tych wszystkich wydarzeniach był tam ze mną. Wspominałam i dziękowałam za oazy w górach, i za pielgrzymki, za te momenty bliskości Boga, które czułam, a nie umiałam wtedy nazwać. Poczułam też coś w rodzaju żalu, że nie było wtedy w moim życiu osoby, która powiedziałaby mi, że to, co odczuwam, to właśnie natchnienia czy poruszenia Ducha Świętego”.

Gdy pisałam mojego maila o katedrach przyszło mi na myśl, że to może być kawałek kolejnego tekstu. Nie miałam jeszcze wtedy jasnej myśli, o czym dokładnie on będzie. Tytuł przyszedł znowu w nocnej modlitwie: Namiot Spotkania. Mnie ten namiot symbolicznie skojarzył się nie tylko z biblijnym fragmentem z Księgi Wyjścia, na którym jest oparty, ale także właśnie z budynkami kościołów, bo namiot jest niczym innym, jak tymczasowym miejscem przebywania.

Wtedy właśnie pomyślałam o kościołach jako 0 miejscu modlitwy. Nawiązanie do cedrowej kapliczki przywiodło mi na myśl kościół, który urzekł mnie lata temu, gdy trafiłam do niego jako nastoletnia oazowiczka - dosyć znane, słynne Sanktuarium na Wiktorówkach. Tak bardzo kontrastowy nie tylko stylem, ale i wielkością do potężnych bazylik. Nie potrafiłam wtedy nazwać, dlaczego on tak mi się podoba i tak mnie do niego ciągnie - wszak drewniane wnętrza i góralskie rzeźbienia zupełnie nie są w moim stylu. Dziś myślę, że wiele lat temu poczułam w tym małym kościółku Obecnego, Żywego Boga, ale też siłę i moc modlitwy pątników odwiedzających to miejsce. Moje wspomnienia mocno prowadzą mnie ostatnio do czasów oazy, gdzie mianem Namiotu Spotkania określa się codzienną modlitwę osobistą. Założyciel Ruchu Światło-Życie, ks. Blachnicki, tak pisał w Carlsbergu 23.10.1982 r.: „Jeżeli mówimy, że każdy z nas musi sobie wybudować taki Namiot Spotkania, to znaczy, że musi w ciągu dnia przygotować, przewidzieć, taką chwilę, w której ma czas dla Boga. Wtedy zostawia wszystko i idzie tam, gdzie Bóg na niego czeka. To jest zadanie. To zależy od nas. To wymaga wysiłku woli. Tego nikt za nas nie zrobi”.

Pisząc o tych wszystkich kościołach zastanawiałam się, jak to jest, że w niektórych – jak to ładnie określił mój Brat ze wspólnoty - kolana same się zginają (bynajmniej – nie pod wrażeniem monumentalności czy z podziwu dla złoceń), a w innych zupełnie nie czuć ducha modlitwy. Gdy próbuję znaleźć odpowiedź na to pytanie nasuwa mi się, że nie jest ona oczywista i jednakowa dla każdego. Teoretycznie każdy kościół może być Namiotem Spotkania, jeśli przychodzimy do niego z nastawieniem czy oczekiwaniem na to spotkanie. Tylko co z tymi, którzy przychodzą z oczekiwaniem, ale nie mają potem poczucia spotkania? Którym wydaje się, że wychodzą z pustymi dłońmi – jak nastoletnia ja, oczekująca fajerwerków i krwawiącego opłatka, aby uwierzyć w żywą Obecność Boga w moim Namiocie Spotkania?

„Mojżesz zaś wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem. A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem” (Wj 33.7, 11a). Mojżesz rozbił namiot za obozem, a więc pozostawił swoją codzienność by pójść do miejsca, gdzie mógł być sam na sam z Bogiem. Ja podczas swojej ostatniej pustyni byłam także w namiocie, na Arrakis. Wydawało mi się, że nie ma tam ze mną Boga, jednak podczas modlitwy wstawienniczej otrzymałam od modlącej się nade mną osoby obraz, który pokazał mi, jak bardzo się myliłam: powiedziała, że jestem na obcej planecie, ciemność rozrywana jest błyskawicami, a ja siedzę bezpiecznie ukryta w namiocie, bo Pan daje mi ochronę. To było niezwykłe, że Bóg pokazał mi że jest ze mną wtedy, gdy ja Jego Obecności nie czuję, mówiąc do mnie przez obraz, który wiedział, że zrozumiem, bo był właśnie wyraźnie obecny w moim sercu. Dlatego Namiot Spotkania ma dla mnie jeszcze symboliczny wymiar – jako miejsce spotkania z Bogiem w głębi mojego serca. I gdy myślałam o tych wszystkich bazylikach, które dane mi było zobaczyć, i o wszystkich kościołach, w których w mniejszym lub większym stopniu mogłam poczuć Bożą Obecność, pojawiła się ta (chyba najważniejsza) refleksja – że mój Namiot Spotkania zawsze mam ze sobą. I tylko ode mnie zależy, kiedy wyjdę poza obóz i się do niego udam. Gdy naciskam klamkę kolejnego monumentalnego kościoła, wchodząc do niego jedynie z zamiarem zwiedzania, także niosę go ze sobą. Jest ze mną, gdy zafascynowana sklepieniami myślę tylko o kolejnym naciśnięciu migawki aparatu, i gdy z podziwem zatrzymuję się studiując pociągnięcia pędzla na obrazach, i gdy z niedowierzaniem przyglądam się, jak można muślinową lekkość oddać poruszeniami dłuta w twardym kamieniu. Ale jest też wtedy, gdy na ułamek sekundy serce zamiera mi w smutku, gdy patrzę na Lady of Sorrows, nie przeczuwając nawet, do czego mnie Ona zaprasza i na co przygotowuje. I gdy klękam w klasztornym Oratorium w niemym zachwycie pod potężnym, obezwładniającym wręcz uczuciem  Bożej Obecności.

Wierzę, że każdy z nas niesie swój Namiot Spotkania. Ważne, abyśmy chcieli go rozbijać, w nim  przebywać, i oczekiwać na nieoczekiwane, i spodziewać się niespodziewanego – ze świadomością, że On tam zawsze jest przed nami, gotowy na spotkanie. Nasz Bóg jest dobrym Bogiem, który lubi zaskakiwać – nawet gdy wchodzę do kościoła jak do muzeum, muszę być uważna i wsłuchiwać się w wewnętrzne poruszenia, bo nigdy nie wiem, kiedy to On Sam zaprosi mnie do rozbicia Namiotu Spotkania. W katedrze wawelskiej, którą zwiedzaliśmy z przewodniczką, zawołał mnie gdy ta pozostawiła nam chwilę wolnego czasu. Przechodziliśmy akurat obok czarnego krucyfiksu królowej Jadwigi, gdy poczułam tę potrzebę by się zatrzymać, uklęknąć, pomodlić się.  Dlatego tak ważne jest, by być uważnym na najdrobniejsze poruszenia i wiedzieć kiedy swój namiot rozbić, bo Bóg tylko czeka na nasze zaproszenie, ale i na naszą gotowość, by się z Nim spotkać.

Dziś zatem mój pokój modlitwy, który tak skrzętnie mebluję w swoich tekstach, umieszczam w Namiocie Spotkania – w głębi mojego serca.



[Rzym, II 2017]

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara