Szklana fiolka pełna piasku
W swoim nastoletnim zeszycie z cytatami, zapisałam (i zapamiętałam) ten z „Kuszenia na pustyni” Romana Brandstaettera: „Człowiek codziennie wychodzi na pustynię I nie zna granic tej pustyni. I codziennie kuszony jest człowiek, I nie zna granic tej pokusy. I codziennie walczy ze złem, I nie zna granic tego zła.” Zupełnie nie pamiętam, jak go wtedy rozumiałam – może wcale, choć przypuszczam, że mogłam odnosić go zaledwie do ostatniego zdania, dotyczącego walki ze złem. A może jestem niesprawiedliwa dla nastoletniej, rozmarzonej i romantycznej licealistki? Może na tamten moment miałam swoje pustynie, których dzisiaj już nie pamiętam, bo już je przeszłam, zapomniałam, już z nich wyrosłam. Dziś coraz lepiej rozumiem pustynię.
Mam takie poczucie, że ostatnich kilka tygodni, a może
nawet jakieś dwa miesiące, spędziłam na pustyni. I chociaż to już nie pierwsza
moja pustynia i wydawać by się mogło, że powinnam po poprzednich, pamiętając
jak to jest, być lepiej przygotowana – okazało się że jednak nie jestem. Za
każdym razem jestem tak samo zaskoczona, że nagle ubita, twarda, i wydawać by
się mogło – pewna i wyraźna droga – przechodzi nagle w kamienistą, albo
zupełnie piaszczystą, ale za każdym razem tak samo trudną do przejścia. Niby
idę, staram się stawiać krok za krokiem, ale nogi nagle robią się ciężkie, albo
miękkie jak z waty, i samo podniesienie stopy wydaje się niewykonalne, a
kłujące ziarenka piasku przeszkadzają, uwierają, ranią.
Pamiętam pierwszą swoją pustynię – na fundamencie
ignacjańskim, gdy stanęłam jak Mojżesz przed płonącym krzewem i usłyszałam:
„Zdejmij sandały, bo miejsce, na którym stoisz, jest święte”. A ja stałam i
stałam i stałam, ani myśląc o zdjęciu sandałów. Bałam się, że poparzę stopy.
Bałam się, że je poranię, że na coś nadepnę. Patrzyłam na płonący krzew, a Bóg
czekał, kiedy wreszcie znajdę w sobie dość odwagi, by to zrobić. Bo On
wiedział, że ją znajdę – to raczej ja w to nie wierzyłam. Trudno pozbyć się
wygodnych sandałów, które mogą być synonimem różnych sytuacji w naszym życiu.
Być może te symboliczne sandały były pierwszą rzeczą, jaką miałam sama, z
własnej woli, oddać. Akurat na tamtej pierwszej pustyni aby zrobić kolejny krok
naprzód i zbliżyć się do płonącego krzewu, musiałam zdjąć sandały. Gdy się na
to zdobyłam okazało się, że ziemia nie była rozgrzana od płomieni, ani nawet od
pustynnego słońca. Zatem każda z pozoru mała (lub duża) decyzja w życiu może
być takim symbolicznym zdjęciem sandałów, i dopóki jej nie podejmę, nie
przekonam się o tym, że piasek nie parzy, i – co znacznie ważniejsze - nie będę
mogła pójść dalej.
Na kolejną pustynię mogłam już iść boso, wyruszyłam
więc, gdy się zaczęła – zbiegła się w czasie z przedcovidowymi rekolekcjami
Wielkopostnymi, które miały jakże znaczący temat: „Pokochaj pustynię”.
Pomyślałam, że staram się, że próbuję, ale to takie mega trudne! Bo nawet
opowiedzieć się o tym nie da gdy coś się dzieje na poziomie serca i człowiek
sam nie rozumie, co dokładnie to jest, i jak opisać tę pustkę i tęsknotę za
Bogiem. Jak wygląda ta kolejna pustynia? Czuję jakby dookoła zapadła cisza i
ciemność, a ja brnę w niej, nie znając celu i kierunku. Czytam wtedy, że „chodzenie
w ciemnościach to pokarm mocnych” – o siostrze Marii Gracji z Karmelu w
Weronie: „Mistyka tęsknoty – długie, pracowite życie; tęsknota za Bogiem,
którego już się zna i który już się objawił i pociągnął ku sobie, jest w życiu jedynym
kompasem wśród ciemności. (…) Mistyka (…) miłości (…) umiejącej czekać
na spełnienie obietnic”. Próbuję na tej pustyni karmić się
właśnie obietnicami – tym, że każda pustynia kiedyś się kończy, że wyjdę z niej
znowu mocniejsza, ale pustka w sercu jest tak dojmująca, że wydaje się nie do
wytrzymania. Przychodzą chwile pocieszenia i wytchnienia, a potem ciemność
wraca, i wpadam w nią, rozpaczliwie tęskniąc za Światłem. Mam na szczęście
przewodnika na tej pustyni, mojego stałego spowiednika, który podsuwa mi
właściwą lekturę, pozwalającą zrozumieć ten dziwnie niejasny, i jakże bolesny okres.
Podczas tej rozdzierającej serce tęsknoty wybrzmiewają mi słowa: „Wołaj do
Mnie, a odpowiem ci” (Jr 33,3), próbuję więc wołać. „Jest bliskość,
która oddala, i odległość, która przybliża” (Henri Nouwen) – tak bardzo
tęsknię za tą bliskością, że tylko świadomość, że ta pustynia może być tą
odległością, która w końcu mnie do Światła przybliży, pozwala mi przetrwać ten
czas. Ostatniego dnia rekolekcji modlimy się Księgą Ozeasza (Oz 2,16): „Dlatego
chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca.” Myślę
o Gomer, wdzięczącej się przed lustrem, nie mającej pojęcia, że za chwilę
będzie musiała wyjść na pustynię. Nie ma już we mnie Gomer, wiem, że nie muszę
brzęczeć bransoletami i kolczykami i godzinami stać przed lustrem, znam swoją
wartość, zupełnie czegoś innego w życiu szukam. Znowu jakiś kawałek siebie
zostawiam, opadają maski, zbędne ciężary. Wołam, nieustannie wołam, i w końcu Bóg
odpowiada – przychodzi na tę pustynię i rozjaśnia mrok, w którym byłam
pogrążona; przynosi ogromną ulgę, mówi do mojego serca – jak obiecał.
W międzyczasie, w trakcie mojej drogi i wraz z upływem
czasu, zdarzają mi się małe pustynie. To zjawiający się znikąd nagły ciężar w
sercu, zalewające mnie fale współczucia dla kogoś, kogo – jak to nazywam –
dostaję do „niesienia”. Łatwiej gdy wiem, kogo niosę, wtedy powierzam tę osobę
w modlitwie, sama czasami świadomie stawiam stopy na piasku, aby za taką osobą
się wstawiać. Trudniej, gdy ciężar gniecie barki, a ja nie wiem kogo niosę.
Ulgą są spotkania z osobami, które czują podobnie jak ja – nie dostaję ich w
drodze wiele, ale są pokrzepieniem. W rozmowie z jedną z koleżanek słyszę, że
gdy przychodzi ten czas, Ona opiekuje się sobą; robi długą, ciepłą kąpiel,
troszczy się o siebie samą, aby nie koncentrować się tylko na tym trudnym do
opisania wewnętrznym … cierpieniu. Po raz pierwszy tak to dziś nazwałam – tak,
dziś to sobie uświadamiam, że dane mi jest z niektórymi współcierpieć.
Wyruszam w dalszą drogę, może nieco pewniej stawiam
kroki, bo droga znowu ubita, tyle się dzieje wokół mnie, zabieram w drogę
solidny bagaż. I kiedy najmniej się tego spodziewam zaczynam znowu czuć pod
stopami piasek… Tym razem mam poczucie, że faktycznie nie ma granic tej
pustyni, idę potykając się o samą siebie. W międzyczasie próbuję kogoś nieść,
ale nie daję rady, mam posiniaczone żebra i ta osoba jest dla mnie zbyt ciężka.
Nieudolnie próbuję oddać ją Bogu, ale tylko rozczarowuję się sobą – ranię i
jestem raniona, zawodzę przyjaźń i zaufanie, brodząc po kolana w piachu. Mam
wrażenie, że bolą cudze słowa, czuję się jedną wielką raną, poparzonym od
pustynnego słońca pęcherzem, w który nieustannie uderzają ziarna piasku.
Jednocześnie w krótkich momentach wytchnienia dostrzegam ogrom zewnętrznego
piękna – zapamiętuję pod powiekami obrazy mieniącej się rudościami i mnogością
barw jesieni; zachodzące słońce między pniami wysokich sosen;
różowo-pomarańczowe poranki, w których słońce nieśmiało przedziera się przez
gęste mgły, kładące się jak dym wiszący nisko nad oszronionymi trawami. Myślę
wtedy z sercem pełnym wdzięczności, że to już koniec tej udręki, koniec tego
poczucia, że najchętniej wyłabym z bólu i rozpaczy nad tym niewysłowionym
ciężarem, który czuję gdzieś na poziomie duszy. Niestety, to jeszcze nie
koniec. Rozpaczliwie potrzebuję być wysłuchana, choć mam wrażenie, że zapomniałam
jak używa się słów – i dostaję osoby, które słuchają. Mam wrażenie, że słuchają
mnie tak, jak nigdy nikt przedtem mnie nie słuchał, ale może to tylko moje
wrażenie, spotęgowane tym, co przeżywam w sercu. Przeplata się ze sobą to co we
wnętrzu z tym, co na zewnątrz mnie – a tam mam wrażenie, jakby ktoś kopał mnie
po nerkach, powodując niemal realny ból fizyczny. Tak bolą cudze słowa i opinie
na mój temat; w ustach zasycha mi z pragnienia by zrozumieć, dlaczego
odzieranie z samej siebie tak bardzo boli. Kolejnym wytchnieniem od tej
szermierki z samą sobą staje się inna pustynia – Arrakis. Oglądam w kinie Diunę,
zachłyśnięta filmem kupuję i pochłaniam książkę, siadając w wyobraźni w
namiocie pokrytym powłoką filtrującą i przyglądając się światu od wewnątrz –
sobie, relacjom z innymi; uczę się stawiania własnych granic, ale i
dostrzegania oraz szanowania cudzych. Uczę się oddawania – sama o te lekcję
poprosiłam w wakacje, na III tygodniu rekolekcji ignacjańskich. Teraz to
dopiero dostrzegam – gdy zaczynam czuć, że znowu zmienia się podłoże pod
stopami, że mogę już wyjść z mojego namiotu.
Tę pustynię oceniam jako najdłuższą i najtrudniejszą z tych, które dane
mi było dotychczas przejść. Pod koniec, gdy wydawało mi się, że nie dam rady
jej przetrwać, poprosiłam o modlitwę wstawienniczą. Generalnie w pewnym
momencie czułam, że już tylko modlitwa bliskich mi osób pozwala mi jeszcze
oddychać. Wraz z nią przychodzi spokój, i chociaż przytrafia się jeszcze jedna
pustynna burza i znowu dostaję piachem po oczach, zaczynam dostrzegać to, co
się przede mną wyłania. Podobno za rogiem każdej pustyni czeka coś wielkiego (o
ile którakolwiek pustynia ma jakieś rogi), ale tak powiedział Marcin Zieliński,
a ja Mu wierzę 😊
Gdy zaczynałam pisać ten tekst sądziłam, że będzie
miał 3 zdania, które będą dodatkiem do zdjęć z pustynnej Lanzarote. Stało się
jednak inaczej – poczułam się zaproszona, żeby opisać swoje emocje i uczucia, a
słowa same płynęły, zaskakując mnie porównaniami. W trakcie pisania
uświadomiłam sobie, czym były te pustynie i jakie przyniosły owoce: ta pierwsza
miała nauczyć mnie patrzeć. Obserwować, przyglądać się, zauważać. Być
coraz bardziej uważną. Jej owocem było rozważanie o płonącym krzewie, które
Duch Święty włożył mi w serce którejś nocy przed Zesłaniem Ducha Świętego, bym
się nim modliła podczas wspólnotowej Adoracji.
Druga pustynia miała nauczyć mnie słuchać. Woła
się przecież po to, aby być usłyszanym; woła się także po to, aby usłyszeć
odpowiedź. Zostałam zaproszona do słuchania – nie tylko innych, ale także głosu
Bożego. Owocem było rozważanie o Eliaszu, czekającym w jaskini na
przechodzącego Boga, oparte na przeżyciach zasłyszanych od moich przyjaciół, za
których się w tamtym okresie modliłam. Owocem są Słowa, które czasami słyszę
dla innych.
Nie jestem pewna, czy widzę już dostatecznie jasno,
ale mam wrażenie, że obecna pustynia uczyła mnie czuć, odczuwać,
współodczuwać, ale także przede wszystkim oddawać – oddawać to, co
odczuwam; oddawać to, co przeżywam; oddawać każde wydarzenie w moim życiu i
każdą (drobną nawet) sytuację.
W moim pokoju modlitwy stawiam zatem dzisiaj (na Półce
z oczekiwaniami) szklaną fiolkę, wypełnioną piaskiem z pustyni. Mam nadzieję,
że ilekroć na nią spojrzę czy o niej pomyślę, przypomnę sobie tę ostatnią
pustynię, i po raz kolejny powtórzę za św. Ignacym modlitwę, do której zostałam
zaproszona przez Boga na rekolekcjach, a którą nazwałam Hymnem oddawania:
Zabierz, Panie, i przyjmij całą wolność moją, pamięć moją i rozum, i wolę moją całą, cokolwiek mam i posiadam. Ty mi to wszystko dałeś - Tobie to, Panie, oddaję. Twoje jest wszystko. Rozporządzaj tym w pełni wedle swojej woli. Daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę, albowiem to mi wystarcza. Amen.
Komentarze
Prześlij komentarz