Stara lampa

Będąc nastolatką próbowałam pisać wiersze. Swój zeszyt z wierszami ukryłam jednak tak skrzętnie, że nie jestem w stanie go odnaleźć, chociaż plan był taki, by wkleić tu wiersz o lampie. Pamiętam, że próbowałam w nim uwiecznić lampę, która latami stała na półce nad telewizorem, chociaż nikt nie pamiętał od kiedy nie świeciła. Miała piękny klosz, z żółtawego szkła pociętego drobniutką siateczką pęknięć – 30-kilka lat temu to było naprawdę coś! Mój wiersz bez rymów opisywał, jak któregoś dnia ktoś ją potrącił – i spadła. Mama zbierała słoneczne okruchy szkła nucąc coś, a ja umierałam z rozpaczy, bo wydawało mi się, że jestem jedyną osobą która pamięta, że Mama tę lampę dostała OD DZIADKA. Miałam niecałe 11 lat gdy odszedł, i poza kilkoma mglistymi wspomnieniami miałam właśnie to: że to od Niego Mama dostała tę piękną lampę. Światło starej lampy rozjaśniało mrok, panujący w mieszkaniu z mojego dzieciństwa. Tylko czy na pewno?...

Przez wiele, wiele lat ogromnie bałam się ciemności. Ciemności i ciszy. Pisałam już o wielkim, czarnym psie, który ujadał w mojej wyobraźni podczas bezsennych nocy, a także o tym, że mój mózg nadal pamięta tyle, ile widziały moje oczy przed operacją usunięcia krótkowzroczności – świat ciemności jawi się zatem dla mnie mnogością rozmazanych plam, tworzących bezkształtne formy, którym wyobraźnia nadawała kształt tego, czego się najbardziej bałam. Potwory, zjawy, duchy – niestety, nie były tak oswojone jak „Kotek” z bajki „Potwory i spółka”. Gdy w mojej wyobraźni wysuwały długie i zimne ręce spod łóżka, by chwycić mnie za kostkę gdy będę wstawać, wcale nie było mi do śmiechu, drżałam ze strachu na samą myśl o wysunięciu stopy spod kołdry.

Pamiętam, jak będąc przez kilka lat harcerką (gdzieś w podstawówce), jeździłam na obozy harcerskie. Kiedy nadchodziła noc wsuwałam się do swojego śpiwora i naciągałam go aż na głowę, żeby każdy skrawek mnie  był skrzętnie ukryty przed tym, co czaiło się nocą na zewnątrz, pod połami naszego drużynowego namiotu. Koleżanki mówiły na mnie „larewka”, bo taki właśnie kształt przybierałam opatulając się śpiworem aż po czubek głowy.

Czasami udawało się ciemność oswoić – często podczas letnich burz „wywalało” korki w mieszkaniach. Światło nagle gasło, a my w pośpiechu szukaliśmy leżących zawsze w tym samym miejscu w naszej domowej kuchni świeczek; zapalaliśmy je, i biegaliśmy między piętrami z nikłymi ogarkami, odwiedzając koleżanki sąsiadki i ciesząc się tym nagłym nastrojowym klimatem. Ach, jak żal było kiedy nagle linie elektryczne naprawiały się i znowu robiło się jasno…

Jednak nadal ta nieoswojona ciemność przerażała – na początku bliżej nienazwanymi potworami z bajek; potem z filmów grozy i horrorów Mastertona; także umarłymi, którzy nagle mogą przyjść w środku nocy, żeby powiedzieć mi coś niezwykle ważnego, albo zwyczajnie śmiertelnie mnie wystraszyć; a gdy zaczęłam się nawracać – zaczęła przerażać mnie ciemna strona duchowości, czyli diabeł, piekło, złe duchy (pisałam o tym w Skrzyni strachu).

Ciemno było także przez długie lata w moim życiu i sercu. Kiedy tuż przed swoją 18-tką wypisałam się z oazy, rozpoczął się czas imprezowania, spadania po równi pochyłej kłamstw, grzechu, brudu, który im bardziej mnie obklejał, tym mniej go czułam, zapadnięta gdzieś w sobie, w pogoni za osobą, którą nigdy nie byłam i nie chciałam być. Na zewnątrz wszystko wydawało się cudowne i kolorowe, błyszczałam, brylowałam poczuciem humoru, nadrabiałam miną i żartami, a w środku kuliła się w ciemności mała dziewczynka, która sama ze sobą walczyła na pięści o to, kim chciałaby się stać. Nie zapomnę kartki z mojego pamiętniko-kalendarza, którą calutką, drobniutkimi literami, czerwonym cienkopisem zapisałam: NO COMMENTS NO COMMENTS NO COMMENTS NO COMMENS NO COMMENTS NO COMMENTS……… Bywało że budziłam się, i jak w scenie z „Poranku kojota” marzyłam o tym, żeby odgryźć sobie łapę, schwytaną w jakieś sidła kolejnego zniewolenia albo abstrakcyjnego wyobrażenia, które okazało się mrzonką. Na zewnątrz pewna siebie, w środku krucha i wrażliwa, próbowałam przebijać szklane sufity i odbijałam się od nich, spadając z bolesnym hukiem na dno swoich marzeń. Czasami czułam się, jakbym młodość spędzała w śmierdzących, ciemnych kanałach, pełnych szczurów, robactwa, ścian oślizgłych od wilgoci, których z obrzydzeniem muszę dotknąć aby odnaleźć drogę do wyjścia, do światła.  

Gdy doturlałam się w końcu na samo dno swojej ciemności, gdy utknęłam na dnie studni, jak Toru Okada z mojego ulubionego „Ptaka Nakręcacza” Murakamiego, dotarło do mnie, że ta ciemna część mojego serca ogromnie pragnie powrotu do Światła. Ten moment na osi czasu mojego życia określiłabym pierwszym nawoływaniem do nawrócenia. Nie bardzo jeszcze wtedy to rozumiałam (zrozumiałam dopiero przy trzecim wołaniu), że ta tęsknota, którą czuję w sercu, to łaknienie powrotu do Boga. Pamiętam, że weszłam do kościoła, poczułam ten dobrze znany zapach i przyjemny chłód, i pomyślałam: jestem u siebie. Jestem tu, gdzie powinnam być. Jestem tu, gdzie czuję się spokojna.

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany."
[1 Kor 13,12]

Z perspektywy czasu oceniam, że na tamten moment widziałam nadal bardzo niejasno, pragnęłam życia w świetle, ale zbyt byłam przywiązana do wygodnej rzeczywistości. Wydawało mi się, że wystarczą - jak to dzisiaj nazywam – półśrodki: spowiedź, coniedzielna Eucharystia, i w zasadzie nic więcej nie muszę już robić – przecież jestem na dobrej drodze. Wymodliłam sobie dobrego męża, wzięliśmy ślub, ochrzciliśmy dziecko – żyliśmy w zgodzie z Sakramentami, więc teoretycznie wszystko było tak, jak powinno być,  tylko…. Ciągle czegoś brakowało. I wtedy umarł Tata, a ja pogrążyłam się znowu w morzu ciemności. Moja rozpacz była tak ogromna, że nie chciało mi się z nikim rozmawiać, głupio uśmiechać, udawać tego kogoś, w czyim kombinezonie chodziłam przez ostatnie lata. Znajomi mówili, że woleli mnie taką jak kiedyś, a mnie było wszystko jedno, co oni woleli, bo „kiedyś” umarło razem z Tatą, i było tylko maską. Kiedy ciemność zrobiła się zbyt gęsta, abym mogła sama sobie z nią poradzić, zdecydowałam się na terapię. A moment śmierci Taty zaznaczyłam w kalendarzu jako drugie wołanie. Znowu na chwilę się nawróciłam, szukałam pocieszenia w Bogu, w Nim znajdowałam odpowiedzi, ale znów szybko pochłonęły mnie inne rzeczy i obowiązki. Wydawało mi się wtedy, że podczas terapii odbywam drogę do samej siebie, i rzeczywiście, częściowo tak było, ale tylko częściowo. Zaczynałam rozumieć i nazywać swoje potrzeby, a także to, że perfekcjonizm nie jest błogosławieństwem, ale uciążliwym balastem, który najlepiej byłoby zrzucić z wypełnionego gazem balonu, aby móc wznieść się wyżej, ale ciągle jeszcze zbyt byłam przywiązana do jego korzeni, by naprawdę chcieć się go pozbyć. „Człowiek nie może żyć, nie będąc prawdziwym sobą” – wiedział to Murakami, a mnie wydawało się, że już jestem prawdziwa, choć nadal najbezpieczniej czułam się ukryta w hałasie cudzego, nie swojego życia.

Minął jakiś czas, a ja znowu zaczęłam gonić za własnym cieniem. Tym razem ciemność przejęła władzę nad pragnieniem bycia kimś ważnym i docenianym, nieustającym gonieniem za stanowiskiem, wyglądem, pieniędzmi. Po trupach, raniąc po drodze innych, nie biorąc jeńców, „szłam po swoje”. I jak już to schwyciłam, znowu przyszła ciemność. Trzecie wołanie usłyszałam, gdy zaczęła chorować Mama. Miałam wrażenie, że tym razem ciemność jest największa, bo ilość negatywnych bodźców przewyższała znacznie to, co do tej pory dane mi było znosić. Ale właśnie wtedy przez tę ciemność zaczęło przebijać się Światło, a ja bardzo, bardzo pragnęłam wreszcie w pełni w Nim stanąć. Zatem po raz pierwszy w pełni świadomie wyruszyłam drogą wiary, ucząc się rozpoznawać znaki Boże w swoim życiu. Jadąc na spowiedź z całego życia w pewnym momencie zobaczyłam przed samochodem ogromne stado czarnym ptaków, podrywających się do lotu – wyglądały, jakby uciekały przede mną, a ja pomyślałam: oto ulatuje ciemność z mojego życia.

Podczas ignacjańskiego fundamentu, w jedną z medytacji mieliśmy wejść obrazem stania w totalnej ciemności, i oczekiwania, z której strony nadejdzie Światło. Bardzo mocno weszłam w ten obraz – znałam przecież każde oblicze ciemności, towarzyszyła mi tyle razy w życiu. Bez trudu więc zobaczyłam siebie stojącą na samym dnie potwornie głębokiej piwnicy, do której bardzo starałam się zejść coraz głębiej i głębiej. Cisza i ciemność były tak namacalne, że zaczęłam drżeć ze strachu, wyobraźnia ruszyła z kopyta, podsuwając znane mi dobrze obrazy, które latami straszyły mnie po nocach nie pozwalając zasnąć. Pomimo, że nic nie było widać, próbowałam rozglądać się, skąd ze swoją pomocną dłonią i lampą przyjdzie do mnie Jezus. Wiedziałam, że dookoła mnie jest cały labirynt korytarzy, usiłowałam więc patrzeć przed siebie, na boki, a nawet do góry. Nic, wszędzie ciemność. I gdy mój lęk przed ciemnością osiągnął apogeum, a ja pomyślałam, że On wcale nie przyjdzie, zobaczyłam światełko – na początku nikłe, a potem coraz mocniejsze. Ono nie zbliżało się do mnie z oddali. Nie nadchodziło z prawej, ani z lewej strony. Ono coraz mocniejszym blaskiem płynęło… z mojego serca. Wszystko nagle stało się oczywiste, a ja rozpłakałam się pod ogromem tego doświadczenia. Od tamtej pory staram się stale podsycać to światło i nie pozwolić mu zgasnąć. W Słowie na ten rok dostałam obietnicę:

Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy, a ponad tobą jaśnieje Pan, i Jego chwała jawi się nad tobą. I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu. Podnieś oczy wokoło i popatrz: Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie. Twoi synowie przychodzą z daleka, na rękach niesione twe córki. Wtedy zobaczysz i promienieć będziesz, a serce twe zadrży i rozszerzy się.”  [Iz 60, 1-5a]

Bóg otwiera mi oczy na wiele spraw, rozszerza mi serce, prowadzi. Powtarzam Mu często: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej drodze” [Ps 119, 105]. Im dłużej czytam Pismo Święte, tym bardziej widzę, jak faktycznie staje się lampą, która rozjaśnia sytuacje, dla których szukam rozwiązania, i podaje odpowiedzi na moje pytania. Zaskakuje mnie, że „podświetlają” mi się zdania, których wcześniej nie zauważałam we fragmentach czy przypowieściach, które znam od lat albo już wiele razy słyszałam czy czytałam – zadziwia mnie, jak nagle stają się jasne, oczywiste, proste w interpretacji, i jak mogę je przyłożyć do swojego życia.

Nie boję się już ciemności. Gdy kładę się do łóżka zamykam oczy i wyciągam dłoń. Wiem, że zanim przyjdzie mój mąż i na tej dłoni położy swoją dłoń, (bo tak zazwyczaj zasypiamy), na tej otwartej dłoni może położyć dłoń Ktoś inny, przy Kim niczego się nie muszę bać, bo „z Tobą ciemność nie będzie ciemna, a noc tak jak dzień zajaśnieje”.

W moim pokoju modlitwy stoi zatem lampa – ta stara, po Dziadku, dająca bursztynowy blask pocięty siateczką kruchego szkła. Gdy ją włączam, i zapalam świece, proszę Tego, który jest Światłością, aby rozpalił także moje serce, by Słowo, które czytam, stawało się lampą, której światło przeniknie do mojego serca i rozjarzy je tak, bym mogła zanieść je innym. Coraz lepiej rozumiem zadanie zostawione w Łukaszowej Ewangelii, aby dla innych być światłem i nieść je tym, którzy wciąż żyją w ciemności. Nie jest to łatwe, ale próbuję – codziennie na nowo, tak nieudolnie jak potrafię – chociażby w tych tekstach. Być może dla kogoś będą choćby nikłą iskierką, która pozwoli rozpalić kolejną lampę, a potem kolejną, i kolejną, i jeszcze następną…. Bo przecież nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło. Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma».  [Łk 8, 16-18] 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara