Pusty stół


Przeczytałam ostatnio książkę, poleconą w którymś Bookszpanie przez o.Adama Szustaka: „Dżentelmen w Moskwie” autorstwa Amor Towles. Zachwyciła mnie ona – przede wszystkim pięknym językiem, którym została napisana (lub przetłumaczona), ale i treścią, pomysłem osadzenia akcji w miejscu pozornie statycznym, w którym jednak bardzo wiele się wydarza. W jednym z wątków książki hrabia Aleksander Rostow, będący głównym bohaterem, przejmuje po śmierci swego  najlepszego przyjaciela Miszki dzieło Jego życia: „A gdy hrabia przewracał kolejne strony, zaczął się śmiać. Miał bowiem przed sobą kwintesencję dzieła Miszki: kompendium cytatów z wiekopomnych źródeł ułożonych w porządku chronologicznym, i w każdym z nich słowo „chleb” było napisane drukowanymi literami i pogrubione. Zaczynając od Biblii, cytaty obejmowały dzieła Greków i Rzymian, a następnie takich twórców jak Szekspir, Milton i Goethe. Szczególny hołd złożył jednak Miszka złotej epoce literatury rosyjskiej.” Nie bez powodu Miszka zebrał cytaty zawierające  słowo „chleb” w dziele swego życia, ale nie mogę zdradzać fabuły tej fantastycznej książki. Jednak gdy ją czytałam pomyślałam i ja o tym, jak ważną rolę na naszym polskim stole pełnił (i myślę, że wciąż pełni) chleb.
Pamiętam jak w dzieciństwie moja Babcia przynosiła z piekarni jeszcze gorący, pachnący bochen z chrupiącą, twardą skórką. Najbardziej lubiłam przylepki (czy piętki) – Babcia smarowała je masłem z naszej lokalnej (wciąż bardzo dobrej) mleczarni, i posypywała obficie cukrem. Masło rozpuszczało się na ciepłej kromce, cukier chrzęścił w zębach…
Pamiętam też jak któregoś roku, tuż przed Wielkanocą, jedna z koleżanek podarowała mi zakwas – nie pamiętam detali, mam mgliste wrażenie, że miał on symbolizować chrześcijańską tradycję dzielenia się chlebem, i bardzo ważne było nie tylko to, aby samemu zakwas wyhodować i upiec chleb, ale także by przekazać go dalej innym. Bardzo się martwiłam tym, czy zakwas wyrośnie, ale też i tym, czy będę miała komu go przekazać. I jedno i drugie szczęśliwie się udało. Dziś w modzie jest samodzielne pieczenie chleba – niektórzy na zakwasie, inni z mieszanek, ludzie dzielą się ze sobą przepisami, zakwasem, kupują gotowe mieszanki… Jedzenie (niekoniecznie chleba) jest nie tylko nieodzowne do życia, w dzisiejszych czasach to także bywa kwestia prestiżu, bywania w dobrych restauracjach, różnorodności tego, co jest powszechnie dostępne na rynku. Gdy przyszedł mi do głowy tytuł tego posta zastanawiałam się nad tym, co mnie karmi. Oczywiście na początku przyszedł mi na myśl właśnie chleb, ale tuż po nim zaczęły przebiegać mi przez głowę różne potrawy, które mniej lub bardziej lubię. Kuchnia włoska, indyjska, tajska, i oczywiście sushi… a także nieodzowne słodycze. Zatem nie tylko to, co niezbędne do życia, ale też to, co powinno być tylko dodatkiem, nie zawsze zdrowe dla mnie czy moich bliskich, ale często to, przed czym trudno mi się powstrzymać, z czym przegrywa moja silna wola, ustępując miejsca zwyczajnemu łakomstwu. Znam chyba wszystkie diety, i prawie wszystkie przetestowałam; niemal codziennie obiecuję sobie, że tym razem to już na pewno – rzucam słodycze, nie ugnę się, nie ma takiej opcji! A potem przyjeżdżam do pracy, i już na parkingu czuję ten niesamowity, niepowtarzalny zapach świeżo upieczonego chleba; po jakimś czasie zaczyna unosić się lekki aromat cynamonowych bułeczek, a jeszcze później – zapach czekolady z nadzienia croissantów… Lukier na wciąż ciepłych pączkach błyszczy, na półce z pieczywem rumienią się świeże bułeczki, a ja coraz bardziej mięknę i zapominam o swoich własnych obietnicach. I tak karmię moje ciało nie zawsze tym, co zdrowe i odżywcze, ale i tym, co zupełnie zbędne, ale nęcące zapachem lub smakiem.
Przyszła mi także myśl o tym, czym karmiłam mój umysł: w tej kategorii umieściłabym wszystkie przeczytane książki, odbyte kursy zawodowe, szkoły, studia, lektury mniej lub bardziej obowiązkowe; być może także obejrzane filmy; ale i muzykę, której słuchałam – w zależności od potrzeb i nastroju nasycałam się tym, co kształtowało moją wrażliwość, sposób postrzegania świata, światopogląd.
Mam też najtrudniejszą, i być może najważniejszą refleksję - przez bardzo długi czas poza niezbędnym do życia karmieniem ciała oraz umysłu, karmiłam także swoje ego. Ono, podobnie jak chlebowy zakwas, domagało się codziennej uwagi i zaspokajania swych głodów. Zatem karmiłam swoją potrzebę docenienia dobrego wyglądu komplementami innych. Bardzo lubiłam makijażowe wyzwania, miałam nawet przez chwilę blog z makijażami. Od zawsze moją pasją były zdjęcia, więc malowałam się, potem fotografowałam, a potem wrzucałam na bloga i czekałam na pochlebne komentarze. Pamiętam jak byłam dumna, gdy makijażystki w perfumeriach doceniały moją pracę i chwaliły makijaże. Po operacji oczu w 2014 roku wrzuciłam na FB zdjęcie w nowych okularach, i - trochę na przekór jednemu z kolegów - napisałam: 
To ja, Narcyz się nazywam, kosmetyków kolorowych chętnie nadużywam  
Jestem piękny i uroczy, i mam całkiem nowe oczy.... 

Mam stylowe okularki i na fejsie zbieram la-a-a-jki......

Moją pasją było fotografowanie, więc przez wiele lat prowadziłam bloga fotograficznego. Zawarłam tam wiele interesujących znajomości (niektóre trwają do dziś), miałam grono obserwujących, i sama obserwowałam prace innych. Ja komentowałam czyjeś zdjęcia, ktoś komentował moje – podobnie jak w przypadku bloga „pisanego”, nigdy nie spotkałam się z hejtem, więc moje ego mogło puszyć się, rozkładać pawi ogon i mienić różnokolorowymi piórami. Z perspektywy czasu myślę, że pozytywne opinie komentujących zdjęcia były tym, co karmiło mnie najbardziej. Bardzo zależało mi na dobrych opiniach, godzinami obrabiałam zdjęcia, próbując wydobyć z ujęcia, nad którym pracowałam, to nieuchwytne „coś” co powodowało, że zdjęcie zaczynało mi się podobać, i przez niektórych z moich blogowych znajomych było natychmiast rozpoznawane jako moje. Znowu chciałam być lubiana, najlepsza, pierwsza – zazdrościłam innym talentu, sprzętu, czasu, możliwości rozwijania pasji, ciągle widząc swoje własne braki i niedociągnięcia.
Kiedy moje życie zaczęło się przewartościowywać nagle zabrakło czasu na zdjęcia. Choroba Mamy, praca, inne obowiązki pochłaniały mój czas. Dotychczas przepełnione karty pamięci pozostawały nietknięte, aparat kurzył się, baterie rozładowywały. A nawet kiedy miałam okazję robić jakieś zdjęcia, zazwyczaj nie miałam czasu na ich obróbkę. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że początkowo trochę w wyniku przymusowej sytuacji życiowej, a także z braku czasu, odłożyłam swoją największą pasję i nauczyłam się żyć bez niej. Teraz wystarczy mi, gdy czasami zrobię zdjęcie telefonem i zachowam w prywatnym albumie, nie prezentując go nigdzie.
Nauczyłam się pościć. Nauczyłam się, jak przestać karmić swoje ego tym, co zupełnie nie jest mi potrzebne. Nie czuję potrzeby łechtania swojej próżności, nie czekam na pochlebstwa i komentarze. Znacznie łatwiej przychodzi mi przestać karmić ego, niż przestać karmić ciało. 
Co więc karmi mnie teraz? Na pewno Słowo. Ono nasyca nie tylko umysł, ale i serce. Dotyka mnie w różnych formach – gdy czytam Biblię, gdy słucham Ewangelii i czytań w trakcie Mszy św., gdy słyszę piękne uwielbienie, gdy podczas konferencji mówcy głoszą z mocą. Nigdy nie odchodzę z pustymi rękami, gdy głoszone jest Słowo.
Dziś gdy pytałam w modlitwie, jaki fragment powinien znaleźć się w tym tekście, usłyszałam, że powinnam napisać o wizycie św.Piotra u Korneliusza:
Następnego dnia, gdy oni byli w drodze i zbliżali się do miasta, wszedł Piotr na dach, aby się pomodlić. Była mniej więcej szósta godzina. Odczuwał głód i chciał coś zjeść. Kiedy przygotowywano mu posiłek, wpadł w zachwycenie.  Widzi niebo otwarte i jakiś spuszczający się przedmiot, podobny do wielkiego płótna czterema końcami opadającego ku ziemi. Były w nim wszelkie zwierzęta czworonożne, płazy naziemne i ptaki powietrzne. «Zabijaj, Piotrze i jedz!» - odezwał się do niego głos. «O nie, Panie! Bo nigdy nie jadłem nic skażonego i nieczystego» - odpowiedział Piotr. A głos znowu po raz drugi do niego: «Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił». Powtórzyło się to trzy razy i natychmiast wzięto ten przedmiot do nieba.” (Dz 10, 9-16)
Ja, jak Piotr, odczuwam głód. Głód, który nasycić może tylko jedna Miłość. Dlatego często siadam przy pustym stole – czasami sama, a czasami z innymi osobami. Każde spotkanie z drugim człowiekiem - czy to osobiste, czy rozmowa przez messenger lub sms, jest jak siadanie przy pustym stole. I niezależnie od tego, czy stół jest malutki, pięknie rzeźbiony, w fantazyjnie powyginanymi nogami; czy też duży, przy którym zasiąść może wiele osób, zawsze staram się siadać do niego głodna. Głodna tego, co usłyszę od mojego rozmówcy. A ludzie przychodzą każdy ze swoim głodem i ze swoim pragnieniem zaspokojenia tego głodu. Zatem siadam przy pustym stole, staram się słuchać uważnie, i czekam na obrus, który przykryje ten stół. Z niezmienną ciekawością czekam na obfitość, jaka się na nim ukaże, bo do każdego z moich rozmówców Bóg przychodzi z czymś innym. Są tacy, którzy potrzebują nakarmić tylko ciało, ale są także tacy, którzy jak ja głodni są Słowa i Życia, które to Słowo niesie, nawet nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Przychodzą z poranionymi sercami, rozlewają na obrus wino ran, które noszą, rozsypują okruszki swoich przeżyć. Czasami ktoś stłucze porcelanową filiżankę, i jeszcze pokaleczy dłonie próbując zebrać resztki szkła, i nawet nie czuje że próbuje ratować coś, co już dawno w nim umarło. Zdarza się też, że jak z przewróconego wazonu z kwiatami, który stał na środku stołu, płyną łzy na obrus. A on chłonie wszystko. Pozwala wsiąkać w obrus wodzie i krwi, łzom i zranieniom, przyjmuje plamy i okruchy. I dla każdego przygotowane jest wielkie płótno, opadające czterema końcami do ziemi, a na tym płótnie wszystko przygotowane jest w obfitości – w zależności od apetytu i potrzeb zasiadającego za stołem. Niektórym wystarczy, jak przegryziemy razem grissini – siadają ze mną przy stole na chwilę, i już pędzą dalej. Z innymi dzielę się chlebem, a jeszcze dla innych przygotowana jest cała uczta, gdy tymczasem oni przychodzą najedzeni, i uszczkną mały kąsek, zostawiając nietknięte jedzenie. Tych żal mi najbardziej. Siadają przy zastawionym stole, mając na wyciągnięcie dłoni obfitość, z której nie chcą czerpać. Ufam jednak, że we właściwym momencie przypomną sobie ten stół zastawiony i wrócą. Bo przy żadnym innym stole nie nasycą się tak, jak przy tym, który zastawia nam Bóg. Przy żadnym innym stole nie siedzi się ze świadomością, że można bezkarnie jeść i człowiek nigdy nie będzie miał dość, i nigdy się nie przeje, i nigdy się nie nasyci. Zatem siadam przy swoim pustym stole i czekam. Nie tylko na to, z czym przychodzą do mnie inni, ale także na to, w jaki sposób na ich głód odpowie Bóg. Bo Życie z Nim nigdy nie jest nudne - zadziwia mnie, gdy obserwuję potem, jak ci, którzy ze mną jedli, zabierają z mojego stołu chlebowy zakwas i pozwalają mu róść dalej, niosąc go innym.
Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
po najdłuższe czasy.
(Ps 23, 5-6)



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara