Biblioteczka z lustrem


Podobno nauczyłam się czytać mając 5 lat, i bardzo szybko opanowałam płynne czytanie. Kochałam książki, a Mama nie nadążała mi ich kupować. Dziś dostępne są książki papierowe, audiobooki, czytniki, ogromne i całkiem malutkie księgarnie… wtedy, w czasach mojego dorastania, w naszym mieście była jedna mała księgarenka. Wydawnictwa nie działały tak prężnie jak teraz – na kolejne tomy ulubionych serii trzeba było wyczekiwać miesiącami, a nakłady nie były zbyt duże. Na szczęście Mama znała panią sprzedawczynię, więc wiedziałyśmy dokładnie, kiedy ma pojawić się długo wyczekiwana pozycja, i zawsze udawało nam się ją dostać. Wielokrotnie zachodziłyśmy do księgarni, patrząc na puste półki, i zadawałyśmy to samo pytanie: czy jest coś nowego?... bo we mnie nie ustawał głód czytania: czytałam wszystko, co wydawali, pamiętam jak wyczekiwałam na kolejne tomy przygód Tomka autorstwa Alfreda Szklarskiego, choć podobno była to lektura dla chłopców. Czytałam „Egipcjanina Sinuhe” Mika Waltari, i z pasją pochłonęłam książkę Elisabeth Dored „Kochałam Tyberiusza”, choć zupełnie nie interesowała mnie historia starożytna. Pamiętam oczekiwanie na święta Wielkiej Nocy któregoś roku, które spędziłam czytając „Trzech muszkieterów” Aleksandra Dumas.
Wydawnictwa działały zbyt wolno, zapisałyśmy się zatem z koleżankami-sąsiadkami do miejskiej biblioteki. Ach, to był dopiero raj! Można było wypożyczyć aż 6 książek na raz! Więc wypożyczałyśmy te książki, prześcigając się w czytaniu, i wymieniałyśmy opiniami na ich temat. Zupełnie nie pamiętam treści książki Elżbiety Jackiewiczowej „Tancerze”, ale powiedzonka z tej książki wkradły się na stałe do naszych dialogów: „sam nie wiem czemu”, i „do zdzwonienia”. J
Na długi czas zaprzyjaźniłam się z Robertem Ludlumem – „Tożsamość Bourne’a” rozpaliła moją ciekawość do sensacji, kupowałam kolejne książki Ludluma aż do momentu, w którym uznałam, że stają się powtarzalne. Wtedy znudził mnie i przerzuciłam się na innych autorów.
Oczywiście całe serducho oddałam Jeżycjadzie Małgorzaty Musierowicz – wszystkie Jej książki, pisane z tym samym poczuciem humoru, i ilustrowane tą samą, rozpoznawalną z daleka kreską, zawsze niosły pozytywne przesłanie.
Lubiłam też Joannę Chmielewską i Jej kryminały – pieczołowicie kupowałam kolejne książki, jak tylko pojawiały się na rynku, chociaż nie byłam w stanie przebrnąć przez „Lesia” i „Białko”. Ją także ceniłam za poczucie humoru.
Przeżywałam ogromnie książki Lucy Maud Montgomery - miłosne perypetie Ani z Zielonego Wzgórza otworzyły nowy rozdział lektury romantycznej w moim życiu. Miałyśmy nawet zamiar z ówczesną koleżanką z podstawówki, Moniką, przypieczętować naszą przyjaźń krwią, jak bohaterowie którejś z lektur, ale zabrakło nam odwagi. Za to przez czas jakiś pisałyśmy do siebie listy „starodawnym” językiem, pełnym ozdobników. 
Znalazło się także (na krótko) miejsce w moim życiu dla horrorów: pamiętam jak nocą, siedząc na taborecie w kuchni, zapewne z wypiekami na policzkach śledziłam losy bohaterów Grahama Mastertona. Nie bardzo jednak lubiłam się bać, więc Masterton był chyba jedynym autorem tego gatunku, którego książki wtedy czytałam.
Rodzice mówili, że zapewne dlatego zepsułam sobie wzrok: jak kazali gasić światło, czytałam z latarką pod kołdrą, ciekawa dalszych losów bohaterów. Przemierzałam pałacowe krużganki, wędrowałam z trupami aktorskimi, utożsamiałam się z bohaterami i przeżywałam ich losy, śmiejąc się z nimi, płacząc, walcząc, tropiąc… i marzyłam o tym, jakie będzie moje życie.
Nigdy nie miałam problemów z czytaniem lektur – raczej były dla mnie przyjemnością. Z liceum najbardziej zapamiętałam „Rozmowy z katem” Kazimierza Moczarskiego – zdaje się jedyną lekturę, jakiej nie przeczytałam. Zapewne dlatego wspominam ją z takim rozrzewnieniem, że z napisanej na jej podstawie 10-stronicowej charakterystyki głównego bohatera dostałam 5, i cała klasa musiała tej charakterystyki wysłuchać, bo bardzo podobała się mojej polonistce. Myślę, że byłam z siebie wtedy niesamowicie dumna….
Zapamiętałam wspominany już tu w innym poście „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego; okrucieństwo życia w sowieckich łagrach; tragedię holokaustu opisaną w „Malowanym ptaku” Jerzego Kosińskiego (tę ostatnią po kryjomu podkradałam rodzicom, zdaje się że oceniali ją jako zbyt drastyczną dla mnie).
Lubiłam też poezję, sama siliłam się nawet na jakieś rymowanki. Byłam głodna czytania, ale czy zapamiętywałam przeczytane treści?... dziś pamiętam tytuły, okładki, ilustracje… Pokochałam na długo literaturę fantasy – przeczytałam wszystkie tomy sagi o Wiedźminie, a czekając na cesarskie cięcie, przypięta do kroplówki, czytałam opowiadania Sapkowskiego. Tydzień przed porodem z poduszką poszłam do kina, aby porównać ekranizację trylogii Tolkiena do przeczytanych książek. Zawsze zżymałam się, gdy rozczarowywały mnie filmy – inaczej wyobrażałam sobie swoich bohaterów, przywiązywałam ogromną wagę do szczegółów, które wydawały mi się niezwykle istotne w toczącej się fabule, a były zupełnie pomijane w scenariuszu. Zawsze wygrywały książki – przez rok patrzyłam na przypiętą do tablicy na holu mojego liceum napisaną przeze mnie rozprawkę na temat: „Co wolisz: książkę czy kino? Uzasadnij swój wybór”. Była jedną z wyróżnionych prac napisanych kandydatów do liceum. Otworzyła mi drzwi do…biol-chemu J
Spośród tylu przeczytanych książek jest tylko jedna, której ekranizacja podobała mi się bardziej niż przeczytana treść: „Angielski pacjent” Michaela Ondaatje. Napisana była w trudny, retrospektywny sposób, wręcz niestrawialny dla mnie. A film mnie zachwycił. I muzyka z tego filmu także – kupiłam nawet soundtrack.

Już jako dorosła osoba zapisałam się do klubu „Świata książki”, zaczytując się najchętniej w książkach obyczajowych. Mniej więcej z tego czasu zapamiętałam „Chatę” Williama Paula Younga – opowieść o zrozpaczonym po stracie córki ojcu, i Jego drodze do wiary. Pamiętam, że książka wstrząsnęła mną i na jakąś chwilę przybliżyła do nawrócenia, choć kontrowersyjne wydawało mi się przedstawienie Boga jako jowialnej Murzynki.
Generalnie niezbyt wiele pamiętam książek religijnych – „Szata” Lloyda C.Douglasa jest tą, do której na pewno chciałabym wrócić; uwielbiałam w czasach oazowych „Opowiadania o nadziei” ks.Malińskiego – bardzo mądre i poruszające, i książki Michela Quista, choć nie do końca rozumiałam ich treść.
Tak, miałam wtedy już tę najważniejszą książkę – Biblię. Jak na ówczesne czasy – pięknie wydana w 1980 roku przez Wydawnictwo Pallotinum, na cieniutkim, delikatnym papierze, w czerwonej okładce. Zapewne nosiłam ją na spotkania oazowe, ale nie zaglądałam do niej zbyt często. Potem przez lata wyjmowaliśmy ją dwa razy w roku –podczas Wigilii, aby przeczytać przed wspólną wieczerzą fragment z Ewangelii św.Łukasza (teraz sobie to uświadomiłam - ten zwyczaj wprowadzony od czasów oazowych przetrwał w naszej rodzinnej tradycji do dziś), oraz gdy przychodził ksiądz po kolędzie, aby schować do niej potem kolejny „kolędowy” obrazek ze świętą Rodziną. Oczywiście wiedziałam, że podczas każdej Eucharystii czytane są fragmenty z Pisma św., ale jakoś nie wyobrażałam sobie, że można Biblię po prostu czytać. Księgi starotestamentalne wydawały się trudne, przerażały wizją groźnego i karzącego Boga; listy wydawały się niezrozumiałe, a Nowy Testament – przecież i tak był odczytywany podczas cotygodniowej Mszy i wyjaśniany podczas homilii przez księdza. Słyszałam historie ludzi, którzy nawracali się po przeczytaniu Pisma św., ale nie rozumiałam fenomenu Słowa, dopóki sama po nie nie sięgnęłam. Na początku mojej drogi nawrócenia chętnie kupowałam książki o treści religijnej, ale jakoś nie ciągnęło mnie do studiowania Biblii. Jednak podczas rekolekcji z o.Jamesem Manjackalem, przechadzając się między stoiskami i przeglądając kolejne książki, usłyszałam rozmowę dwóch kobiet. Jedna z Nich powiedziała do koleżanki: „Wiesz, miałam kupić sobie jakąś książkę, ale doszłam do wniosku, że czas z tym skończyć – przecież powinniśmy czytać przede wszystkim Pismo święte!”. Pomyślałam wtedy: kurde, to do mnie. Krążę przy stoisku z Bibliami, oglądam, dotykam, a i tak kupuję co innego… te słowa nie dawały mi spokoju, więc gdy ostatniego dnia konferencji na Mszę św. przyjechali mój mąż i córka, zabrałam Olę „na stragany”. To Ona pomogła mi wybrać moją Biblię – oprawioną w ciemnozieloną skórę, bardziej poręczną i mniejszą niż ten oazowy, stary i nieużywany egzemplarz.
Od kilku lat najważniejszą książką w moim życiu jest moja ukochana, zielona Biblia. Zgodnie z programem naszej wspólnoty, codziennie starałam się wygospodarować czas na to wyjątkowe spotkanie – bo bardzo szybko przekonałam się, że czytanie Biblii to nie nudne, niezrozumiałe księgi, ale spotkanie z Żywym Słowem. Szczególnie, gdy czyta się Biblię na głos – bo przecież „Wiara rodzi się z tego, co się słyszy,  tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa”. (Rz 10.17). Zaczęłam zgodnie z wytycznymi od Nowego Testamentu i listów oraz psalmów. Pomału wchodziłam w rytm, czytałam, słuchałam tego, co czytam, prosiłam Ducha św. o łaskę rozumienia Słowa. I po jakimś czasie to Słowo stało się Żywe. Szłam na swoją codzienną modlitwę z konkretnym pytaniem, a w Słowie przychodziła na nie odpowiedź. Zadawałam Bogu pytania, a On odpowiadał wersetami z Ewangelii, pocieszał w psalmach, pouczał w listach. Prowadził do poznania tej najważniejszej prawdy – że jest samą Miłością i Miłosierdziem, najlepszym Przyjacielem, najcierpliwszym nauczycielem, najdoskonalszym lekarzem, najukochańszym Tatą i niezastąpionym pocieszycielem. Bardzo długo karmiłam się Słowem, a Duch św. zapraszał mnie do pogłębiania relacji z Jezusem, do bliższego poznania i ukochania. Któregoś dnia przyszedł głód poznania Starego Testamentu. I wtedy odkryłam, że jednak jest to możliwe – Biblię można czytać jak fascynującą, piękną opowieść, w której z niecierpliwością wyczekuje się, co będzie w kolejnym rozdziale. Zafascynowali mnie bohaterowie starotestamentowych ksiąg, wrażliwy Dawid, nieposłuszna Gomer, odważna Judyta, uciekający Jonasz. Zasypiałam zastanawiając się, co będzie w kolejnym rozdziale.
Zawsze miałam bardzo bujną wyobraźnię, która pozwalała mi mocno utożsamiać się z bohaterami czytanych przeze mnie książek – oczywiście najchętniej tymi pozytywnymi, co to zawsze spadali po wielu perypetiach na przysłowiowe cztery łapy. Przez jakiś czas potrafiłam żyć i oddychać jak postacie z książek, przeżywać naprawdę głęboko ich perypetie i czuć się jakbym była tym dokładnie bohaterem. Myślę że szukałam wtedy siebie. Przez wiele, wiele lat szukałam siebie, próbując być każdym, byle nie samą sobą. Wciąż chciałam się do kogoś upodabniać, być dla innych wzorcem, przeżywać czyjeś życie, nieść cudze ciężary. Chyba nie byłam gotowa na prawdę zmierzenia się z tym, kim właściwie jestem ja sama. Jakie jest moje imię, jaka tożsamość?  Przypisywałam sobie cudze cechy, przymierzając je jak w przymierzalni do własnego wizerunku w lustrze i sprawdzając, czy dobrze na mnie leżą. Słuchałam opinii innych o sobie i starałam się być zawsze w centrum, być zabawna i robić wszystko, by ludzie mnie lubili i mieli o mnie dobre zdanie. Kolejne doświadczenia życiowe pokazywały mi, jak bardzo wykrzywiony jest obraz w lustrze – bo to wciąż był ten obraz, który ja za wszelką cenę chciałam widzieć, a nie który był prawdą o mnie. Dla tych, którzy idą drogą wiary, nie będzie to nic zaskakującego, ale dla tych, którzy jeszcze Boga nie znają, może to być coś całkiem nowego: Biblia pomogła mi odnaleźć prawdę o mnie samej. Przeglądając się w Słowie Bożym nadal stoję przed lustrem, ale zaczynam dostrzegać coraz wyraźniej wszystkie zafałszowania i zniekształcenia. Kiedy oprócz głośnego czytania Jezus zaprosił mnie do medytacji Słowem Bożym, zaczął mi pomalutku, i na tyle boleśnie, na ile jestem w stanie to znieść, pokazywać jaka jestem naprawdę. Widzę też coraz wyraźniej, jaka chciałabym być. Znam już dobrze swoją tożsamość – najważniejszą w moim życiu, najcenniejszą, w której odnajduję całe pokłady spokoju i wewnętrznej radości: jestem dzieckiem Bożym. Podczas rekolekcji ignacjańskich odkryłam, jak ważne jest dla mnie także to, że jestem córką Piotra – a Piotr przecież, pomimo swoich wielu słabości, został głową Kościoła. Myślę, że znam też już swoje imię, to wyryte na białym kamyku, ale tę prawdę o nim pozostawię tylko sobie. Tymczasem z ogromnym szacunkiem odłożę do biblioteczki najważniejszą książkę (a właściwie Ksiegę) mojego życia: Biblię, pełną podkreśleń i zaznaczeń. Żywe Słowo, w którym mieszka sam Bóg, który pozwala nam się w Swoim Słowie odnajdywać, poznawać, pokochać. Niech tę notkę zakończy piosenka Mocnych w Duchu, którą usłyszałam podczas uwielbienia, i z której słowami bardzo się utożsamiam:

Jestem dzieckiem Boga, Synem, na którego czekał Bóg,
Królewskim płaszczem Pan odział mnie, Moja nadzieja znalazła w Nim swój dom.

Bo jestem upragnionym dzieckiem, Potężnego Ojca w niebie mam,
Królewskim dziedzicem Pan już nazwał mnie, W przestronnych komnatach znalazł dla mnie dom.

Jesteś dzieckiem Boga, Synem, na którego czeka Bóg,
Królewskim płaszczem Pan odzieje cię, Twoja nadzieja znajdzie w Nim swój dom.

Bo jesteś upragnionym dzieckiem, Potężnego Ojca w niebie masz,
Królewskim dziedzicem Pan już nazwał cię, W przestronnych komnatach znalazł dla ciebie dom.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara