Kłębek gniewu


Gniew. Czy umiem o nim napisać?... Ilekroć myślę o nim, natychmiast mam takie poczucie, że zdecydowanie wiąże się z pierwszym odcinkiem mojego pisania: z oczekiwaniami. Zazwyczaj gniew rozpala się natychmiast, gdy coś nie idzie po mojej myśli. To najczęstsza przyczyna jego wybuchu. Zaplanowałam coś sobie, a potem – z przyczyn różnych – ten plan rozpada się jak domek z kart. A ja nie potrafię tego przyjąć, pogodzić się z tym, bo to był MÓJ plan, jedyny i najlepszy z możliwych, przemyślany, dopracowany do najdrobniejszego szczegółu. Dlaczego w zasadzie tak często oprócz poczucia zawodu czy rozczarowania, pojawia się gniew? Jak to było z tym gniewem w moim życiu?
Gniew rodzi się wtedy, gdy następuje zetknięcie oczekiwań człowieka z rzeczywistością, w której te oczekiwania nie są realizowane. (…) Gniew dopada ludzi skoncentrowanych na sobie. Ludzi, którzy nieustannie walczą o swoje zdanie i realizację swoich oczekiwań.” ks.Krzysztof Kralka SAC, „Siedem grzechów głównych”.
Pamiętam taką scenę: miałam jakieś 15 lat, bardzo chciałam iść na jakiś spacer z moim ówczesnym „chłopakiem”. Nie podobał się Mamie. Drugoroczny, nie zdał do następnej klasy, na dodatek muzyk – jak mój starszy brat (zresztą grali razem przez chwilę w zespole o wdzięcznej nazwie „Udar Mózgu” – tak się poznaliśmy, Endrju wysłał mnie z zapytaniem, czy Krzysiek nie zechce być ich perkusistą). Zdobyłam się na szczerość, powiedziałam grzecznie Mamie, gdzie i z kim chcę iść (z kolegą oczywiście, nie z „chłopakiem”), i co mnie za to spotkało? Zakaz. Mama zabroniła mi oddalać się od bloku, powiedziała, że mam być w takiej odległości, żeby mnie widziała. Złość gotowała się we mnie; zawziętość i szydera zapanowały totalnie nad moimi emocjami. Usiadłam (a może stanęłam?) naprzeciwko naszego bloku, pod wystawą sklepową. I stałam (czy siedziałam) tam cały dzień, dopóki nie zrobiło się całkiem ciemno. Nawet nie pamiętam, czy był tam ze mną przez czas jakiś Krzysiek, czy sterczałam sama jak kołek. Ważne, że zamanifestowałam swoją złość. Lata później Mama powiedziała mi, że doskonale pamięta tę scenę, ogromnie dużo Ją podobno kosztowała (ja przypomniałam sobie tę sytuację po Jej słowach dopiero). Że byłam uparta, i za wszelką cenę musiałam postawić na swoim. A ta nastoletnia pierwsza miłość miała też inne konsekwencje – opuściłam się w nauce, więc mój wychowawca zakazał Krzyśkowi wchodzić na przerwach do naszej klasy. Ostentacyjnie więc wychodziłam z klasy natychmiast jak zabrzęczał dzwonek, i siedziałam z Krzyśkiem na korytarzu. Aby mną potrząsnąć mój wychowawca obniżył mi jeszcze sprawowanie na poprawne (dotychczas byłam wzorową, piątkową uczennicą), oraz - zgodnie z regulaminem – odsunął mnie od pełnienia funkcji sekretarza klasy. W rewanżu zdjęłam i podarłam naszą klasową gazetkę, na której wisiały wszystkie moją ręką kaligrafowane teksty. Oko za oko. Chwilowa satysfakcja nie trwała długo – Krzysiek rzucił mnie dla Anki, a może dla Moniki, a ja poszłam po rozum do głowy i wróciłam na właściwe szkolne tory i udało mi się skończyć podstawówkę ze świadectwem z czerwonym paskiem.
Jak było potem? Pamiętam siebie rzeczywiście jako osobę, która zawsze chciała postawić na swoim, rozstawiałam po kątach pracowników i cieszyłam się, gdy słyszałam, że trzęsą się ze strachu na wieść, że przyjadę. Byłam wiecznie wściekła  - z byle powodu. Jakieś 20-kilka lat temu miałam koleżankę, która po kilku latach wspólnej pracy powiedziała mi, że obserwowała moje zachowanie jak wchodziłam do biura. Jak widziała, że mam dobry humor, pytała z uśmiechem, czy zrobić mi kawę, zagadywała. Ale jak widziała, że przychodzę wściekła, bez słowa robiła kawę i wychodziła na palcach z pokoju, nie odzywając się nawet słowem, by się nie narażać. Drażniło mnie wszystko – zacinająca się drukarka, nieodpowiednia muzyka w radio… przeklinałam jak szewc, a koleżanki rzucały we mnie kulkami papierowymi, żebym przestała. Doskonale wiem, co tak bardzo mnie denerwowało: szklany sufit. Chciałam więcej, chciałam mieć stanowisko, ale trafiłam do „męskiej” firmy, gdzie większe szanse na stołek miał kolega, który pomimo niższych niż ja kwalifikacji, był po prostu mężczyzną. A ja odreagowywałam frustrację złością, która jak jad wylewała się na innych, parząca i niesprawiedliwa. Jakimś jednak cudem byłam lubiana. Współpracownicy mawiali, że zyskuję „po oswojeniu”. Zresztą jak już kogoś polubiłam, umiałam te swoje ataki furii trzymać na wodzy – obrywało się tym, których nie darzyłam zbytnio sympatią – często były to osoby, które obijały się w pracy, nie wykonywały swoich obowiązków, albo wykonywały je źle, może mniej zdolne, a na pewno leniwe. W pracy wymagałam od siebie, ale wymagałam też od innych.
Pamiętam jak w kolejnej pracy znowu czekałam na ten swój wymarzony awans. Odchodziła moja szefowa, a ja liczyłam, że zajmę Jej miejsce. Nawet mnie zaprosili na rekrutację wewnętrzną – ale nigdy nie usłyszałam powodu, dla którego to stanowisko dali nie mnie, ale osobie z zewnątrz. Pewnie słusznie – bo w punktu widzenia korpo (już wtedy pracowałam w wymarzonym korpo) nie byłam wygodnym kandydatem – roszczeniowa, walcząca o swoje, ale i o współpracowników. Przychodzili do mnie z różnymi rzeczami, a ja mówiłam je głośno, zadawałam niewygodne pytania kadrowym i prezesom, szukałam sprawiedliwości dla szeregowych pracowników – i obrywałam za to niejednokrotnie. A na mojej nowej szefowej wyżywałam się niemiłosiernie – za ten mój osobisty afront, za (w mojej ocenie) -  brak sprawiedliwości, za to, że wybrali Ją, a nie mnie. Nie potrafiłam ustąpić nawet w sprawach błahych – pamiętam, że pokłóciłyśmy się o żaluzje. Jej było za ciemno, mnie – za widno, słońce świeciło mi w oczy. Ostentacją (i głupotą) było moje siedzenie w biurze w okularach przeciwsłonecznych. Kolejna bezsensowna manifestacja. Moja złość tak mnie zaślepiała, że nie widziałam, jak bardzo niedojrzałe i dziecinne jest moje zachowanie. Dzisiaj czuję ogromny wstyd na myśl o tym, że ta biedna dziewczyna płakała przeze mnie, a ja się cieszyłam  (M. – jeszcze raz przepraszam!).
Do tego właśnie doprowadzał mnie gniew – do złego traktowania ludzi, do odreagowywania agresją, do przeklinania, do zachowania, którego dziś mogę się jedynie wstydzić, i którego żałuję.
W gniewie człowiek chce działać szybko – wypowiada słowa, których potem żałuje, ale które zostają w pamięci innych, i których nie da się często zapomnieć. Raz rozpędzoną machinę trudno zatrzymać, gniew jak upuszczony kłębek wełny zaczyna toczyć się, rozwija i rozpędza coraz szybciej, umyka, zostawiając za sobą rozwiniętą nić złości, żalu, nieprzebaczenia….
 „Gniew (…) pojawia się w różnych sferach. W sferze myśli, gdzie objawia się jako nieprzebaczenie, odrzucenie i pragnienie potępiającego osądu. (…) Działa on również w sferze słów – sarkazm, cynizm, złośliwość, kłótnie, wyzwiska, przekleństwa.” ks.Krzysztof Kralka SAC, „Siedem grzechów głównych”.
Złośliwość i sarkazm – niezawodne towarzyszki mojego życia, miałam mistrzostwo w wyszydzaniu i ocenianiu innych, pierwsze miejsce w loży szyderców należało do mnie. Nie, nie chlubię się tym, choć kiedyś myślałam, że to jest super. Że to takie moje „poczucie humoru”, które jednak raniło innych – a ja byłam na to ślepa i głucha.
Przez wiele lat swojego życia pozwalałam, aby kłębek gniewu wymykał mi się z rąk, i bez żadnej kontroli rozwijał się, pociągając za sobą nakręcającą się spiralę złych emocji, rozmów toczących się tylko w mojej głowie, złości budzącej się bez powodu. Wstawałam przysłowiową lewą nogą, i pozwalałam, aby gniew ogarniał mnie już od początku dnia i towarzyszył mi nieustannie. Nie zastanawiałam się, z czego wynika, co jest jego źródłem, ani dokąd (czy do czego) prowadzi – po prostu mu ulegałam, pozwalając, by mną rządził.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęłam się nad nim zastanawiać. Na pewno było to wtedy, gdy byłam już na drodze nawrócenia. Kiedy mnie znowu „poniosło”, zaczęłam zastanawiać się, co było tego powodem, dlaczego pozwoliłam, aby kłębek mi uciekł, i dlaczego go nie gonię, aby jak najszybciej go zwinąć z powrotem. Zrozumiałam, że gniew przychodzi, gdy mam zbyt wiele obowiązków i przestaję nad nimi panować. Że muszę zacząć te obowiązki dzielić z innymi, aby rozładować emocje, że muszę przestać brać na siebie więcej, niż mogę udźwignąć. Że budzi się, gdy jestem na maksa skupiona nad ważną, pilną, terminową pracą, a ktoś mi w tej pracy przeszkadza. Dzięki temu, że zaczęłam to zauważać, nauczyłam się też przepraszać – za to, że nawrzeszczałam na współpracowników, którzy przeszkadzali mi w strategicznych momentach. Za brak wychodzenia naprzeciw ich potrzebom i nieumiejętność słuchania, gdy jestem zajęta. Zaczęłam złościć się na złość, gdy jej ulegałam - bo przecież nikt nie lubi przepraszać… i – o dziwo – okazało się, że to skutkuje. Kiedy w modlitwie zaczęłam oddawać moją niekontrolowaną złość Jezusowi, On zaczął przychodzić z pokojem. Zaczęłam zauważać, że znacznie rzadziej się denerwuję, że częściej się śmieję, że potrafię odpuścić i nie nalegam na realizację mojego planu – bo równie ważny jest plan kogoś innego. Zrozumiałam, że konsekwencje niekontrolowanego gniewu mogą być bardzo bolesne, ranić innych, sprawiać im przykrość, niszczyć relacje, wprowadzać niepokój. Współpracownicy z ostatniego mojego korpo niedowierzali, słysząc opisane wyżej historie z moich poprzednich prac. Niedowierzali, że mogłam tak się zachowywać, bo znali już inną osobę, dojrzalszą, i spokojniejszą.
„Najskuteczniejszym z ludzkich działań wymierzonych w demona gniewu jest praktykowanie ciszy. Uspokajanie i uciszanie serca.” ks.Krzysztof Kralka SAC, „Siedem grzechów głównych”.
Kiedy zanurzam się w ciszy, łatwiej uspokoić myśli, uciszyć złe emocje; łatwiej znaleźć powód, dla którego dałam się ponieść złości. Skutki gniewu są znacznie poważniejsze od jego przyczyny, dlatego nie warto zamykać się w sobie i pielęgnować złości. Oczywiście nie jest tak, że jestem zupełnie od gniewu wolna – absolutnie nie. Ta walka może toczyć się codziennie, ale zauważyłam, że jeśli żyję w łasce, znacznie łatwiej o wewnętrzny spokój i o panowanie nad gniewem nawet, jeśli się pojawi; że znacznie łatwiej wygrywać bitwy – szczególnie te toczące się we własnej głowie, i gasić wewnętrzne pożary.
Pamiętam taką historię sprzed kilku lat, to było tuż po śmierci Mamy: byłam wściekła z powodu jednej nierozwiązanej sytuacji, nie mogłam się uspokoić, jechałam samochodem na Mszę św. za Mamę, i przegapiłam radar, który stoi w tym samym miejscu od lat – wkurzyłam się jeszcze bardziej, że dostanę mandat. Wiedziałam, na co jestem zła, i wiedziałam, że nie mogę z tym gniewem przyjąć Komunii św. w intencji Mamy, więc postanowiłam pójść do spowiedzi. Nie, nie była to spowiedź mojego życia, ksiądz irytował mnie tak samo jak cała ta sytuacja, w jakiej się znajdowałam, ale stało się coś bardzo dziwnego… kiedy udzielił mi rozgrzeszenia nagle ten ogromny gniew wyparował, po prostu zniknął, rozpłynął się. Wstałam od konfesjonału oszołomiona tym nagłym, zadziwiającym poczuciem ulgi i spokoju. Sama nie dowierzałam, co właściwie się wydarzyło. Fala ogromnego, niewytłumaczalnego pokoju zalała mnie, i uciszyła wszystkie negatywne emocje. Dlatego właśnie tak bardzo staram się namawiać moich znajomych na przystępowanie do sakramentu pokuty i pojednania – aby mogli doświadczyć tej przeogromnej łaski, jaka wylewa się na nas przy odpuszczeniu grzechów.
Nie dalej jak w ostatni piątek (tak, w TEN Wielki Piątek) znowu ogarnął mnie gniew. Miałam plan. Chciałam wyjść z pracy o określonej godzinie, i zdążyć na spotkanie – na spotkanie z Jezusem w Drodze Krzyżowej, transmitowanej na żywo na kanale Youtube. Ale mój szef miał inny plan – chciał, abym dokończyła jedną transakcję. Czekałam na kod do niej, a On nie odbierał telefonu. Wyłączyłam więc komputer i popędziłam do samochodu, wysyłając wiadomość, by sam dokończył realizację transakcji. Byłam już z dobre 10 minut od biura gdy przysłał sms: „załatw sprawę do końca”. Ogarnęła mnie ślepa furia, gdy zobaczyłam ten sms. Zawróciłam samochód, wróciłam do biura (zapewne sina ze złości), odpaliłam komputer, jeszcze raz poprosiłam Go o kod, dokończyłam transakcję i znowu wsiadłam do samochodu. Wiedziałam już, że nie zdążę, pojawiła się pierwsza myśl: rozpędź się, ciśnij, gaz do dechy, daj upust emocjom!!! Potem głowa zaczęła podsuwać tysiąc doskonałych myśli na zemstę, jak lawina sypał się pomysł za pomysłem: dialogi, co to ja Mu nie powiem, jak Mu wykrzyczę to i owo, co mnie od dawna irytuje! Jak nie będę się odzywać, i po Świętach będziemy chodzić dookoła siebie naburmuszeni. Kłębek gniewu wymknął się spod kontroli i nabierał coraz większego rozpędu, ale… udało mi się go schwycić. Najpierw przyhamowałam do dozwolonej prędkości, uznając, że potencjalnym mandatem ukarzę bardziej siebie, niż Jego. Potem zaczęłam zwijać kłębek, próbując dotrzeć do jego początku – i uznałam, że tak naprawdę to była moja wina. Mój własny brak cierpliwości. Zatem mój gniew rodzi się wtedy, gdy brakuje mi cierpliwości. Bo gdybym chciała poczekać kilka minut, dostałabym ten kod, dokończyła transakcję, i pojechała do domu. Potem przyszła też refleksja: jaka miałaby być ta Droga Krzyżowa, gdybym zdążyła na nią, nie realizując swoich zadań? Z czym poszłabym pod Jezusowy krzyż? Zaczęłam modlić się, przepraszając za chęć postawienia na swoim; pytałam też, co pomoże mi uspokoić nerwy. Przyszła do mnie myśl, by zadzwonić do kogoś. Ale do kogo?... najlepiej do osoby, która niesie radość. Która sama wiele wycierpiała, ale potrafi się głośno i zaraźliwie śmiać. A co jak nie odbierze?.... trudno, spróbować zawsze warto. Odebrał J mój duchowy Synek, kolejna dobra dusza, poznana na najważniejszym dotychczas w moim życiu kursie św.Pawła. Po chwili rozmowy zaczął się śmiać – głośno, radośnie, zaraźliwie. A ja dziękowałam w duchu Bogu, że Go postawił na mojej drodze, i że zabrał moje złe emocje, moją złość, mój gniew, że pomógł mi zwinąć mój kłębek, zanim zdążył się rozpędzić i narobić szkód.
"Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!". [Ef, 4.26]
Udało się. Nie zdążyłam na całą Drogę Krzyżową, ale uczestniczyłam w niej już spokojna, wyciszona. Nie pozwoliłam, aby gniew zapanował nade mną, nie dopuściłam, aby nad moim gniewem zaszło słońce. Bo gdy idziesz z Jezusem wszystko staje się prostsze. Możesz Jemu powierzyć swoje sprawy i poprosić, by pomógł Ci znaleźć przyczynę gniewu, gdy jest ona nieoczywista. Może to Twoje własne nieuporządkowanie? Może zbyt duża ilość obowiązków? Może niespełnione ambicje? Może poczucie niedowartościowania? Cokolwiek by to nie było, nie pozwól, aby kłębek gniewu wymykał Ci się z rąk zbyt często. Włóż go do koszyka, i postaw koszyk na półce. Może na tej z oczekiwaniami?... a może na zupełnie innej, o której napiszę innym razem.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak kromka chleba

W gałęziach

Jesieniara